Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Wywiad

Rozmawiała Beata Sadowska, Viva!

Beata Sadowska: Bohater Pana najnowszego filmu...

Woody Allen: Czy mogłaby pani mówić głośniej? Nie słyszę... (Woody Allen ma problemy ze słuchem. Powinien nosić aparat, ale strasznie go nie lubi, więc nie nosi).

Bohater Pana najnowszego filmu mówi, patrząc na dziecko swojej siostry: "Nie chcę, żeby było wyjątkowe. Chcę, żeby po prostu miało szczęście." Szczęście jest tak ważne?


Jest, chociaż sami boimy się przyznać, jak bardzo. A to przecież od szczęścia zależy nasze życie. My jednak wolimy myśleć, że wszystko mamy pod kontrolą. Wiele rzeczy rzeczywiście kontrolujemy, ale nie aż tyle, ile nam się wydaje.

Powinniśmy pożegnać się z wygodnym przekonaniem, że jesteśmy panami własnego losu?

To iluzja. Pani też pewnie się wydaje, że jeśli wstanie pani rano, wykona serię ćwiczeń, zje zdrowe śniadanie i nie zapali papierosa, to będzie pani zdrowa.

Na pewno mi to nie zaszkodzi.

Ale też niczego nie zagwarantuje. Ci, którzy zdrowo żyją i nie palą, też chorują na raka albo wpadają pod autobus. Dużo zależy od szczęścia. To nieprzyjemna świadomość.

Co z tego, że będę ją miała, skoro - z tego, co Pan mówi - i tak niewiele mogę: albo urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, albo jestem pechowcem?

Takie jest życie. Tragiczne. Zabawne wydarzenia i komiczne sytuacje po drodze nie zmienią faktu, że się starzejemy i umieramy. Na końcu życie zawsze ma dla nas złą wiadomość (śmiech).

Zacznijmy od tej dobrej. Kiedy pierwszy raz pomyślał Pan: "Mam szczęście"?

Kiedy zrobiłem pierwszy film "Bierz forsę i w nogi". Jak na tamte czasy budżet był całkiem wysoki: milion dolarów. Nigdy wcześniej niczego nie wyreżyserowałem i żadne studio filmowe nie chciało mi dać pieniędzy. I wtedy... łut szczęścia: powstała wytwórnia Paramount Pictures. A że byli nowi na rynku, gwiazdy nie chciały ryzykować z nimi współpracy. Musieli więc przyjść do mnie. Film odniósł sukces i otworzył mi drzwi do sławy.

A kiedy pierwszy raz pomyślał Pan: "Mam pecha"?

Dużo więcej było w moim życiu szczęścia niż pecha. Oj, żeby nie zapeszyć! (Woody Allen trzykrotnie uderza się pięścią w klatkę piersiową).

Chce mi Pan powiedzieć, że największy pesymista Hollywood jest tak naprawdę największym szczęściarzem?

Mój największy pech... W porządku: krytycy, którzy mnie uwielbiali i latami wspierali moją pracę... umarli. Wszyscy! A to pech! Zawsze powtarzałem: jedyną przeszkodą na drodze do sławy byłem ja sam, bo tak naprawdę na nic nie mogę narzekać. Miałem ogromne możliwości, nieograniczoną swobodę twórczą i wsparcie, o jakim inni mogą tylko marzyć. "Miałem, miałem, miałem" ? to wszystko chyba się skończyło?

"Wszystko gra" to Pana 36. film. I zarazem pierwszy, który był nakręcony poza Ameryką, w Londynie.

W amerykańskich wytwórniach filmowych zapanowała teraz pewna moda: chcą mieć jak największy udział w powstawaniu filmu, nie chcą być traktowane wyłącznie jak bank. Dlatego słyszałem: "Zrobimy z tobą film, ale musisz nam pokazać scenariusz i zdradzić obsadę". A ja przecież tak nie pracuję. Nigdy nie ujawniłem nikomu scenariusza ani nazwisk aktorów.

Władza absolutna.

Dlatego obawiałem się, że będę musiał zrezygnować z kręcenia filmów. Przecież nie pozwolę, żeby mi się wtrącali. I wtedy... kolejny łut szczęścia w mojej karierze. Zadzwonili do mnie z Anglii i powiedzieli: "Damy ci pieniądze, a ty zrobisz resztę". Niski budżet, 15 milionów, ale nie musiałem z nikim konsultować moich pomysłów.

Strach? Po przeszło 30 latach musiał się Pan ruszyć z Nowego Jorku.

Nerwy i niepewność. Nie miałem pojęcia, czy spodoba mi się praca w Londynie. Spodobała się. To było wspaniałe doświadczenie.

Do czasu "Wszystko gra" swoje filmy opowiedział Pan z perspektywy Nowego Jorku. Inni reżyserzy podróżują, zmieniają kraje, kontynenty. A u Pana żelazna konsekwencja: Manhattan i Manhattan.

Kręciłem w Nowym Jorku, bo praca nigdy nie była dla mnie najważniejsza.

A co było?

Życie. Ranne wstawanie i pisanie. Gra na klarnecie. Mecze koszykówki i baseballa oglądane na żywo. Zabawa z dziećmi, spotkania z przyjaciółmi. Wyjścia do restauracji i na spacer. Lubię moją pracę, ale robienie filmów przestaje mnie bawić, kiedy nie mogę ich kręcić na moich warunkach. Dlatego zacząłem pracować w Londynie. No i jeszcze dlatego, że moja żona bardzo chciała tam pojechać. Namawiała i dodawała odwagi.

A Pan?

Oczywiście marudziłem: ?Tydzień w Londynie ? w porządku, ale trzy miesiące?! To jak przeprowadzka: musimy wynająć dom, musimy to, musimy tamto?. Na szczęście mnie przekonała. Wcześniej pracowałem w Nowym Jorku, bo tak było najwygodniej. Jeśli miałem świetny pomysł i nie mogłem go zrealizować w Nowym Jorku, lądował w koszu.

?

Chciałem spać we własnym łóżku i jeść w mojej ukochanej lokalnej restauracji.

Patriotyzm lokalny chyba jednak trochę u Pana osłabł: zaczął Pan bywać w Wenecji, San Sebastian, Cannes.

Wszystko dla żony. Ona, w przeciwieństwie do mnie, uwielbia podróżować, a ja chcę, żeby była szczęśliwa. Sam nie jestem ciekaw świata. Gdyby to ode mnie zależało, poruszałbym się w obrębie dziesięciu ulic od domu, spacerował tą samą alejką w Central Parku i jadł w tej samej restauracji. Ale moja Soon-Yi narzeka: ?Znowu to samo?!?

A Pan ulega...

Niemal zawsze robię to, czego chce żona. Jestem pantoflarzem.

"Niemal zawsze", czyli są sytuacje, kiedy jej Pan nie słucha?

Jutro mam lecieć z Londynu do Nowego Jorku. Żona chciała mnie przekonać, żebyśmy jeszcze zostali. I to jest jedyna sytuacja, kiedy stawiam na swoim. No bo jeśli zostaniemy, a nasz następny samolot spadnie?! Ironia losu, a ja się jej boję.

Z Soon-Yi adoptowaliście dwie dziewczynki. W Pana najnowszym filmie rodzice są chorobliwie nadopiekuńczy. A Pan jakim jest ojcem?

Oczywiście doskonałym!

Oczywiście...

Mamy dwie śliczne córeczki, którym nie jestem w stanie niczego odmówić. Dostają wszystko, absolutnie wszystko, czego chcą.

Muszą być potwornie rozpuszczone.


Są, ale od tego jest dzieciństwo.

W tym roku kończy Pan 70 lat. Starzenie się jest gorsze, niż Pan się spodziewał, czy to raczej wiele hałasu o nic?

Jest potworne. Nie ma w nim nic godnego, nobilitującego. Z wiekiem ani nie złagodniałem, ani nie zmądrzałem. Nie widzę żadnych plusów: im jesteśmy starsi, tym bliżej nam do śmierci, gorzej się czujemy, szwankuje nam zdrowie.

Bardziej boi się Pan śmierci czy starzenia się?

Jednego i drugiego. Starzenie się to umieranie ciała. A umieranie, nawet powolne, nieuchronnie prowadzi do śmierci.

Duszę też Pan ma 70-letnią?

Zawsze czułem się młodo. Teraz też. 70-latek nie musi być staruszkiem. Jedni są i chodzą przygarbieni, podpierając się laską. A inni tryskają energią i maszerują wyprostowani. Ja, na szczęście, jestem z długowiecznej rodziny: mój ojciec żył ponad 100 lat, mama - 96. Do końca byli w świetnej formie. Przy tym wszystkim moja siedemdziesiątka nie wygląda najgorzej. Jeśli będę miał pieniądze na filmy, mogę je kręcić jeszcze przez piętnaście lat. Zwłaszcza że o siebie dbam: nie palę, ćwiczę, zdrowo się odżywiam.

Im jest Pan starszy, tym bardziej daje się we znaki różnica wieku między Panem i żoną? 35 lat!

Wręcz przeciwnie. Okazała się zaletą. Zawsze traktowałem Soon-Yi tak, jak rodzic traktuje kogoś młodszego od siebie. (Woody Allen na chwilę się zamyśla, jakby analizował to, co właśnie powiedział. Soon-Yi była adoptowaną córką reżysera, kiedy zaczął się ich romans. To doprowadziło do skandalu i rozpadu związku Allena z ówczesną partnerką, aktorką Mią Farrow).

Czyli...?

Nigdy nie pokłóciłem się z nią tak, jak z kimś dorosłym. Zdarzały nam się sprzeczki, ale nie mogły się równać awanturom, jakie miewałem z innymi kobietami, z którymi żyłem. Tamte kłótnie bywały naprawdę nieprzyjemne. Z Soon-Yi nie zawsze się zgadzamy, ale wtedy albo ona myśli o mnie: "zbzikowany staruch", albo ja o niej: "niedojrzała smarkula". Takie kłótnie nie mogą być poważne.

Miłość to szczęście czy przeznaczenie?

Szczęście w stu procentach! Ludzie ciągle się starają: starają się spotkać właściwą osobę, potem starają się ją przy sobie zatrzymać. Tymczasem każdy z nas jest jak radioodbiornik z tysiącem przewodów w środku. Trzeba mieć fart, żeby oba odbiorniki się zgrały i nadawały na tych samych falach.

Ale co w tym złego, że ludzie pracują nad związkami, starają się te fale dostroić?

Miłość powinna być przyjemnością, a nie pracą. Czystą radością, jak słuchanie muzyki, jak wszystko, co kochasz. A co to za przyjemność, kiedy postanawiasz: "Teraz usiądę i zrobię listę cech, które mi przeszkadzają u narzeczonego. On wypisze moje wady, a potem nad tym popracujemy". Spotkanie prawdziwej miłości to szczęście.

A to, że najpiękniejsze kobiety świata grają u Woody?ego Allena za pieniądze kilkunastokrotnie mniejsze niż u innych reżyserów, to też szczęście?

I to jakie! Nie zaprzeczam: pracowałem ze wspaniałymi kobietami.

Ostatnio ze Scarlett Johansson.

Jest numerem jeden. Zrobiłem z nią dwa filmy i mam nadzieję na więcej. Jest naturalna, nie zagrywa się, nie ma maniery. Kiedy pracowaliśmy nad ?Wszystko gra?, zauważyłem, że ma predyspozycje do komedii. Obiecałem, że napiszę dla niej coś zabawnego.

I napisał Pan...

...historię o dziennikarce. Pracuje dla studenckiej gazety, jest dobra i oddana dziennikarstwu śledczemu. Oczywiście zostaje wplątana w sprawę, o której pisze. Ten film to pozytywna historia o dziennikarzach. A to dziś rzadkość w Ameryce! Społeczeństwo już wam nie wierzy.

A Pan jak zwykle pod prąd!