Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Reżyser i fikcja.
Pierre Assouline.

Jak zawsze z okazji nowego filmu Woody Allen udzielił szeregu wywiadów. We francuskim miesięczniku "Live" rozmawia z nim znany krytyk, Pierre Assouline.

Pierre Assouline : Pański nowy film to właściwie dokument o jazzie. Czy muzyka to jedyny uniwersalny język?

Woody Allen : Muzyka to sztuka docierająca bezpośrednio do serca. Język obywający się bez słów. Ale czy jest coś bardziej muzycznego niż pisarstwo Jamesa Joyce'a?

I tak będzie również z pańskim filmem?

- Jest już gotowy. To lekka komedia. Ale proszę nie zapominać, że komizm możemy znaleźć nawet u Dostojewskiego w "Zapiskach z podziemia". Gdybym adaptował tę książkę, oczywiście zagrałbym główną rolę.

A fabuła filmu?

- Pewien facet napada na bank. Dlaczego? Po prostu dlatego, że tam są pieniądze. Mam nadzieję, że to będzie zabawne. W przeciwnym razie grozi mi klęska. A teraz, patrząc na całe pańskie życie, pytanie: czy więcej czasu spędził pan w fikcji, czy w rzeczywistości?

- Każda dobra fikcja stanowi odzwierciedlenie prawdziwego życia, nawet jeżeli wydaje się, że jest inaczej. Nic nas tak nie przenosi w krąg codzienności, jak "Czekając na Godota". Literatura nauczyła nas, że jeżeli nie identyfikujemy się z fikcyjnymi bohaterami, nie odnajdujemy samych siebie w powieściowych sytuacjach, to książka zupełnie nas nie obchodzi.

Czy w domu pańskich rodziców była biblioteka?

- Rodzice czytali wyłącznie gazety. Ja też nie interesowałem się książkami. Zabrałem się za lektury dopiero jako siedemnastolatek. Książki stały się dla mnie objawieniem. Stało się to dzięki kobietom.

Dzięki kobietom czy z ich powodu?

- Kiedy zacząłem się umawiać na randki, dziewczyny były na ogół lepiej wykształcone i oczytane ode mnie. Starałem się więc im dorównać. Przedtem lubiłem tylko komiksy. I nagle musiałem czytać coraz więcej prawdziwych książek. Lektury stały się dla mnie rodzajem zapłonu, to one zaprowadziły mnie do teatru i innych sztuk. Jak każdy samouk, przeczytałem za jednym zamachem mnóstwo książek, aby uzupełnić luki w wykształceniu.

Nigdy nie adaptował pan dla kina żadnej powieści?

- Nigdy. Zawsze opierałem się na oryginalnych scenariuszach.

A jednak, i to nie tylko w Europie, ale również w Stanach Zjednoczonych, kino tak naprawdę nie wyzwoliło się od literatury.

- Struktura powieści i filmów jest bardzo podobna. Kino jest bliższe literaturze niż teatrowi. Techniki narracyjne są takie same, autorzy mają tę samą swobodę inwencji. Istnieje tak naturalna więź między tymi formami ekspresji, że nigdy nie czułem potrzeby adaptowania powieści dla kina. To jednak nie oznacza, że moje filmy nie zawdzięczają wiele literaturze w tym, co dotyczy prowadzenia narracji. Przed kilku laty Stanley Kubrick starał się, i to usilnie, wymyślić film, który byłby całkowicie wolny od jakichkolwiek odniesień literackich lub teatralnych. Na próżno. Bo kino to tak naprawdę powieść na celuloidzie.

Podstawą każdego filmu jest przecież scenariusz, to znaczy tekst...

- A raczej odpowiednie udramatyzowanie tego tekstu. Ale zawsze to, co napisane. Film jest opowiadaniem historii. Musi ona mieć swój początek, środek i zakończenie, pomysł, aby każdy kadr był logicznym następstwem tego, który go poprzedzał. Jeżeli jest inaczej, wszystko staje się abstrakcją i nie sposób sprawić, aby widz zechciał przez półtorej czy dwie godziny siedzieć w kinowym fotelu.

Czy czytał pan książki o Django Reinhardcie przed napisaniem scenariusza "Sweet and Lowdown"?

- Nie, nie musiałem, chociaż znałem "Cztery komory serca", Reinhardta. Już od tak dawna byłem zanurzony w świecie Django, że zostałem nim całkowicie przeniknięty.

Przeniknięty, nasączony... Czy to coś więcej niż uleganie wpływom?

- To jest coś o wiele głębszego. Posłużmy się chociażby przykładem Czechowa. To geniusz. Ale geniusz nie rozpościera swojego wpływu na innych tak łatwo. Nie sposób stworzyć duplikatów. Bo taki pisarz jak Czechow to człowiek obdarzony talentem, łaską, dzięki którym rezultat jego pracy jest wręcz magiczny. Czechow potrafił przekazać magię chwili. Proszę popatrzeć na "Wujaszka Wanię", historię tak niesłychanie prostą. Czasami nic się tam nie dzieje. Ludzie rozmawiają, rozmawiają. A z tej gadaniny wypływa wielka lekcja o rezygnacji. Gdyby jakikolwiek autor starał się iść wiernie tropem Czechowa, naśladować go niewolniczo, znudziłby publiczność. U Czechowa to przykuwa uwagę. On potrafił stworzyć nastrój, tchnąć życie w tę nudę powszedniości. Nigdy nie myślę o Czechowie, ale jestem nim przesiąknięty, jego sztuki tkwią we mnie. To dzięki niemu zrozumiałem, że można budzić śmiech widowni pokazując smutnych bohaterów, że rozpacz ma także swoje miejsce w komedii. Kiedy wujaszek Wania biegnie po strzelbę, aby zastrzelić profesora Sierebriakowa i broń nie wypala, jest to przecież przekomiczne! Tak... Czechow to kopalnia złota, znajdziemy u niego wszystko, co dotyczy doli człowieczej.

Jakiemu filmowcowi Czechow jest najbliższy? Proszę o spontaniczną odpowiedź.

- Bez wątpienia Bergmanowi. Ze względu na rozpacz, smutek, melancholię bohaterów, a jednocześnie unoszącą się aurę komizmu. Ale naprawdę czasami trzeba się pośmiać, bo przecież inaczej należałoby palnąć sobie w łeb.

Kiedy ogląda się pańskie "Wnętrza", obserwuje ekranowe postacie, to nie sposób nie odwołać się do "Trzech sióstr" Czechowa.

- Każdy rzeczywisty wpływ, uleganie mu to sprawa podświadoma. A przecież za każdym razem, kiedy jakikolwiek artysta pokaże trzy siostry, to zaraz będzie się mówiło: jakie to czechowowskie.

A czy lubi pan Philipa Rotha?

- Oczywiście! Znam większość jego książek... Ale dlaczego pan pyta?

Bo on pana nie lubi.

- Aha...

Spotkałem się z Rothem w Nowym Jorku, rozmawialiśmy o roli Żydów w kulturze amerykańskiej. Kiedy wymieniłem pańskie nazwisko, był raczej surowy. Chce pan posłuchać? Mam to nagrane na kasecie. Philip Roth: "A on jest najgorszy wśród nich. Woody Allen istnieje tylko dzięki naiwności europejskiej. To nawet w jakiś sposób rozczulające. Jego filmy są puste, infantylne... Nie ma w nich nawet embrionu myśli i jakiejkolwiek inwencji. Jego wizja środowiska intelektualistów to śmiechu warty stereotyp. On sam nie jest intelektualistą, ale konsumentem kultury... Nie wie nic o społeczeństwie, o którym mówi... Zupełnie nie rozumie jak naprawdę żyją ludzie, bo ich nie odmalowuje... To po prostu karykatura..."

- Kiedy to Roth powiedział? Dawno temu?

O, jakieś kilka miesięcy temu.

- No dobrze. Spróbujmy zobaczyć, w czym ma rację i w czym się myli, ponieważ tak się składa, że ja jestem wielbicielem Rotha i uważam go za wybitnego pisarza, jednego z najbardziej ekscytujących. Dlatego zawsze byłem skłonny wątpić w jego perspektywę, jego przenikliwość. Nie wiem, jak ta literatura zniosłaby poddanie jej próbie zderzenia z prawdą. Zgadzam się z Rothem przynajmniej w jednym punkcie: nic z tego, co zrobiłem, nie jest dziełem intelektualisty, bo nie mam w sobie nic z intelektualisty i nigdy nie próbowałem nim być. Oto całe nieporozumienie między mną a widownią.

Kim więc pan jest?

- Aktorem z nocnego klubu, który stał się filmowcem.

A pańscy bohaterowie?

- Kiedy Roth mówi, że nie żyją prawdziwym życiem, być może ma rację. Sam nie wiem. Kiedy piszę scenariusze, staram się, żeby były zabawne, a nie żeby odzwierciedlały prawdziwy sposób życia ludzi. Stawiam sobie pytanie dotyczące właściwego funkcjonowania mechanizmu komediowej dramaturgii. Inne sprawy są poza zakresem mojego działania, wymykają mi się. Z moimi bohaterami utożsamiają się miliony ludzi na świecie. Ale nie Amerykanie. Nie potrafię wyjaśnić, na czym polega ten paradoks. W Stanach moja publiczność jest niezmiernie wąska. Natomiast w Europie jestem przyjmowany jak gwiazdor. Może to zasługa dubbingu, może dzięki innemu niż mój głosowi i tłumaczeniu to, co opowiadam, staje się wreszcie zrozumiałe.

Ale czy uważa pan, że Roth jest zbyt surowy?

- Nie wiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Brak mi dystansu, a także kwalifikacji. Czuję się jak ktoś zagnany w ślepy róg. Ale czy ludzie chodzą do kina po to, aby zobaczyć na ekranie rzeczywiste życie? W krytyce Rotha musi kryć się coś o wiele głębszego, czego nie potrafię uchwycić... Roth często pisze o kondycji Żyda, akcja wielu jego powieści rozgrywa się w środowisku żydowskim. To także mnie dotyczy. Sądzę nawet, że wiele nas z Rothem łączy, że podzielamy te same idee, chociaż oczywiście Roth może się poszczycić o wiele istotniejszymi dokonaniami artystycznymi niż ja.

A co pan będzie robić, kiedy zabraknie panu pomysłów na filmy i odłoży pan na bok kamerę?

- Będę pisać prozę. To niezły sposób na życie. Lepszy niż reżyserowanie filmów. No wie pan: można obudzić się rano i pisać w łóżku. Coś wspaniałego!

Ale, ale, czy pański panteon literacki nadal pozostaje niezmienny?

- Tak. Mój panteon to poezje Emily Dickinson i T.S.Eliota, Flaubert i jego "Szkoła uczuć", James Joyce i "Ulisses", "Bracia Karamazow" Dostojewskiego, Turgieniew, oczywiście Czechow, a potem Saul Bellow. Ci autorzy bardzo się dla mnie liczą. Ach, bo bym zapomniał, także i Philip Roth...