Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Fragment książki "WOODY WEDŁUG ALLENA", rozdział 1

STIG BJÖRKMAN: Skoro mamy rozmawiać o twojej karierze filmowej, powinniśmy zachować pewną chronologię. Jednak równie dobrze możemy poddać się strumieniowi świadomości i poruszać się w czasie wprzód albo wstecz, metodą retrospekcji. Zanim wyjechałem ze Sztokholmu, ostatnią rzeczą, jaką zrobiłem, było obejrzenie pierwszych scen "Alicji". To film, który bardzo lubię i który widziałem już kilka razy. Zawsze wydawało mi się, że otwiera go poranna scena z Alicją, w otoczeniu męża i dzieci. Tymczasem film rozpoczyna się inaczej: Alicja i jej przyszły kochanek spotykają się w akwarium. Przekonało mnie to, że nie zawsze można ufać swojej pamięci i że trzeba być uważnym, jeżeli chodzi o szczegóły.

WOODY ALLEN: To prawda. Często zapamiętujemy filmy po swojemu.

Niewątpliwie przyczyniła się do tego swobodna kompozycja filmu - "Alicja" została skonstruowana na zasadzie strumienia świadomości. Jednak chciałbym usłyszeć, jakie jest na ten temat twoje zdanie.


- Właśnie dzięki temu kino jest tak cudowne! Przypomina mi pisanie prozy - nie istnieją żadne fizyczne ograniczenia tego, co mógłbyś zrobić z czasem. To naprawdę wspaniałe. Zapewne są tacy ludzie, którzy przez cały czas myślą w kategoriach linearnej narracji i w ten sposób robią znakomite filmy. Ale są i inni, których myślenie jest mniej linearne i ma charakter raczej dygresyjny. Ja staram się tworzyć właśnie w ten sposób: staram się krążyć w czasie. Nie z założenia - raczej instynktownie.

Czy te dygresje znajdują się już w scenariuszu?

- Raczej tak. Od czasu do czasu jakiś pomysł zjawia się przy stole montażowym, albo w trakcie zdjęć, na ogół jednak tego rodzaju zabiegi są wpisane w podstawową strukturę filmu.

Poddajmy się teraz retrospekcji: jakie są twoje pierwsze wspomnienia związane z filmem? Jaki był pierwszy film, który zobaczyłeś?

- Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że była to "Królewna Śnieżka" albo coś w tym stylu, prawdopodobnie jakiś film Disneya. Najwyraźniej utkwiły mi w pamięci lata 1940-42, bo właśnie w tym czasie zacząłem często chodzić do kina.

Miałeś wtedy jakieś 5-7 lat...

- Tak. Urodziłem się 1 grudnia 1935 roku. Zacząłem odwiedzać kino gdzieś około 5. roku życia. Byłem wtedy zauroczony filmem. Dorastałem w części Brooklynu zamieszkałej przez niższą klasę średnią, a znajdowało się tam około 25 kin, do których z mojego domu można było dostać się pieszo. Nieustannie przesiadywałem więc w kinie. W tych czasach wytwórnie produkowały ogromną liczbę filmów i w przeciągu miesiąca można było zobaczyć filmy z Jamesem Cagneyem i z Humphreyem Bogartem, z Garym Cooperem i z Fredem Astairem, i oczywiście filmy Disneya. Ta obfitość była zadziwiająca.

Ja również często oglądałem filmy, lecz zacząłem znacznie później. Pierwszy zobaczyłem w wieku 11 lat. Dla mnie to pierwsze wyjście do kina było jak objawienie, niemal jak religijne przeżycie. Pamiętam, że był to musical wytwórni MGM i natychmiast zakochałem się w głównej aktorce, Jane Powell. Odtąd zacząłem oglądać filmy niemal codziennie.


- Czy masz na myśli "A Date with Judy"?

Nie, to był "Luxury Liner". Czy rodzice nigdy nie sprzeciwiali się twoim zainteresowaniom? Czy nigdy nie protestowali, nie próbowali zabronić ci oglądania filmów?


- Nie. Kiedy byłem bardzo mały, na filmy raz w tygodniu zabierała mnie moja starsza kuzynka. Ale gdy już trochę podrosłem, pamiętam, jak niektórzy sąsiedzi starali się zniechęcić do kina swoje dzieci. Kiedy przyszło lato, mówili: "Lepiej idź na dwór i pobaw się na świeżym powietrzu", czy: "Może byś tak wyszedł na słońce albo popływał?" Istniało wówczas wiele uprzedzeń związanych z kinem, na przykład, że szkodzi na oczy. Moi rodzice na szczęście nie przejmowali się tym ani nie zmuszali mnie do robienia czegoś innego. Zresztą, zawsze nie cierpiałem lata, nienawidziłem upałów i słońca. Dlatego taką przyjemność sprawiało mi przesiadywanie w klimatyzowanym kinie. Czasami chodziłem tam 5 czy 6 razy w tygodniu, a bywało, że nawet codziennie, jeśli udało mi się trochę uskładać. Za każdym razem można było obejrzeć dwa filmy fabularne. Byłem w siódmym niebie! Lecz gdy nastała zima i miałem zajęcia w szkole, sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Wtedy miałem czas już tylko w weekendy. Zazwyczaj odwiedzałem kino i w sobotę, i w niedzielę, a czasami jeszcze w piątek po południu, zaraz po szkole.

Oglądałeś wszystko czy dokonywałeś jakiejś selekcji? Czy wybierałeś jakiś specjalny rodzaj filmów, a może jakiś gatunek filmowy?

- Na początku oglądałem wszystko, co się dało. Kiedy byłem trochę starszy, bardzo polubiłem komedie romantyczne, z gatunku sophisticated comedies1. Uwielbiałem też filmy z braćmi Marx i kryminały opowiadające o tajemniczych morderstwach.

Filmy z braćmi Marx były chyba zbyt wyrafinowane dla małego dziecka...?

- Myślę, że jeśli chodzi o komedię, zawsze miałem dość wyrobiony gust, ponieważ nawet jako dziecko nie szalałem zbytnio za komediami slapstickowymi2. W przeciwieństwie do Felliniego, nigdy nie lubiłem klownów - być może dlatego, że klowni w Stanach Zjednoczonych są zupełnie czymś innym, niż w Europie. A ponieważ nie przepadałem za cyrkowymi klownami, nigdy naprawdę nie polubiłem slapsticku. Od samego początku pociągał mnie bardziej wyrafinowany rodzaj komedii. Bardzo lubiłem Prestona Sturgesa i niektóre sophisticated comedies z wczesnych lat 40. Bracia Marx tworzyli osobną kategorię, bo byli rubaszni i przypominali klownów, ale przy tym wszystkim potrafili być o wiele bardziej wyrafinowani, inteligentni i dowcipni. Powiem ci też, że nigdy nie śmieszył mnie Flip i Flap. Wszyscy moi znajomi i przyjaciele z tamtych czasów wręcz ich uwielbiali. Uważali ich za świetnych komików i często usiłowali pokazać mi, co tracę. Nie chodzi o to, że osobiście nie znosiłem Flipa i Flapa: po prostu nigdy mnie specjalnie nie interesowali, nie tolerowałem zbytnio rubasznych komedii.

Bardzo podoba mi się film zatytułowany "The Music Box". Myślę, że to małe arcydzieło.


- O, tak. Zdarzały się momenty, kiedy byli naprawdę zabawni. Na ogół jednak nie pasjonowały mnie zbytnio nieme komedie slapstickowe. Interesował mnie sam Chaplin, bo - jak myślę - to przezabawny człowiek, a przy tym niezwykle szczery i złośliwy. Nie sądziłem, żeby szczególnie komiczny był Buster Keaton, choć myślę, że robił znakomite filmy. To arcydzieła: piękna robota, bez żadnej skazy. Ale on sam nigdy mnie specjalnie nie śmieszył. Tymczasem kiedy Chaplin idzie ulicą, ma w sobie coś figlarnego i złośliwego zarazem: wyciera sobie twarz o brodę jakiegoś mężczyzny i kopie go w tyłek. Keaton nie wzbudzał we mnie aż takiej sympatii. Gdybyśmy oceniali filmy obiektywnie pod względem rzemiosła, te stworzone przez Keatona wydają się znacznie lepsze. Jeśli jednak spojrzysz na nie przez pryzmat emocji i ich oddziaływania na widzów, Chaplin okazuje się o wiele bardziej interesujący i zabawny. Jestem silniej związany ze "Światłami wielkiego miasta", niż z którymkolwiek filmem Keatona. Aczkolwiek jeśli chodzi o "Marynarza słodkich wód" czy "Generała", muszę przyznać, że to znakomite filmy. Nie ulega wątpliwości - robota pierwszej klasy.