Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
"Niesłychanie płytki człowiek" - rozdział z książki "SKUTKI UBOCZNE"

    Siedzieliśmy w barze szybkiej obsługi, rozmawiając o płytkich ludziach, jakich zdarzyło nam się w życiu spotkać, gdy Koppelman rzucił hasło "Lenny Mendel". Powiedział, że Mendel jest stanowczo najbardziej płytkim człowiekiem, na jakiego się natknął, po czym opowiedział taką oto historię.
Od wielu lat raz na tydzień odbywał się wieczór pokera w mniej więcej stałym gronie. Stawki były małe, grano dla zabawy i odprężenia w wynajętym pokoju hotelowym. Gracze ryzykowali, blefowali, jedli, pili i rozmawiali o seksie, sporcie i interesach. Po pewnym czasie (ale nikt nie potrafi dokładnie określić tygodnia) gracze zaczęli dostrzegać, że jeden z nich, Meyer Iskowitz, nie wygląda zbyt zdrowo. Gdy zwrócili na to uwagę, Iskowitz bagatelizował rzecz jako pozbawioną znaczenia.
- Idzie mi świetnie, świetnie - mówił. - Kto wychodzi?
Ale wraz z upływem miesięcy wyglądał coraz gorzej i gdy pewnego tygodnia nie przyszedł grać, dowiedzieli się, że jest w szpitalu, chory na żółtaczkę. Każdy przeczuwał ponurą prawdę i dlatego trzy tygodnie później nie było wielkiego zaskoczenia, gdy Sol Katz zadzwonił do telewizyjnej rewii, w której pracował Lenny Mendel i powiedział:
- Ten biedny Meyer ma raka. Węzłów chłonnych. Bardzo złośliwy. Są przerzuty na całym ciele. Jest w Sloan-Kettering.
- Straszne - powiedział wstrząśnięty Mendel, który po swojej stronie linii sączył był mleko w proszku.
- Phil i ja odwiedziliśmy go dzisiaj. Biedak nie ma krewnych. A wygląda strasznie. Zawsze był przecież taki pulchny. Aj waj, co za świat. No jest w Sloan-Kettering, 1275 York, odwiedziny od dwunastej do dwudziestej.
Katz odłożył słuchawkę pozostawiając Mendla w zmąconym nastroju. Mendel miał czterdzieści cztery lata i był zdrów - przynajmniej na ile mu wiadomo. (Ograniczył samoocenę, aby nie zapeszyć). Był tylko o sześć lat młodszy od Iskowitza i choć nie byli ze sobą znów tak szalenie zaprzyjaźnieni, to przecież przez te pięć lat raz w tygodniu mieli przy kartach wiele wspólnych tematów do śmiechu. Biedak, pomyślał Mendel. Chyba powinienem mu wysłać parę kwiatów. Polecił Dorothy, jednej z sekretarek NBC, by zadzwoniła do kwiaciarni i załatwiła sprawę. Wieść o bliskiej śmierci Iskowitza ciążyła nad całym popołudniem Mendla, ale coraz bardziej nękała go i rozstrajała myśl, że oczekuje się od niego odwiedzin u pokerowego przyjaciela.
Cóż za nieprzyjemne zadanie, myślał Mendel. Sumienie nie pozwalało mu wycofać się z całej sprawy, ale zarazem bał się oglądać Iskowitza w tych warunkach. Oczywiście Mendel zdawał sobie sprawę z tego, że każdy człowiek umrze, i nawet czerpał nieco pociechy ze znalezionej kiedyś w jakiejś książce tezy, iż śmierć nie jest zaprzeczeniem życia, tylko jego naturalną częścią. Kiedy jednak rozważał własne unicestwienie na całą wieczność, ogarniał go bezgraniczny strach. Nie był wierzący, nie był bohaterem ani stoikiem i w swoim codziennym życiu nie chciał mieć nic wspólnego z pogrzebami, szpitalami i oddziałami chorych na raka. Kiedy ulicą przejeżdżał karawan, Mendel godzinami nie mógł pozbyć się jego widoku. Teraz wyobrażał sobie zmarniałą postać Meyera Iskowitza i siebie, jak zmieszany próbuje dowcipkować i podtrzymywać rozmowę. Jakże nienawidził szpitali z tymi ich praktycznymi kafelkami i z ich prozaicznym oświetleniem! Tej całej atmosfery ciszy. I zawsze za ciepło. Przygniatające. I te tace i kaczki, ci starcy i kaleki, co w swych białych koszulach nocnych włóczą się po korytarzach w nieznośnym, pełnym egzotycznych zarazków powietrzu. A jeśli prawdziwe są te wszystkie teorie, że rak to wirus? Ja z Meyerem Iskowitzem w tym samym pokoju? Kto zaręczy, że to nie jest zaraźliwe? Bądźmy szczerzy. Nikt. A pewnego dnia stwierdzą, że jedną z pośród powiedzmy tysięcy jej form zaraziłem się od Iskowitza, gdy na mnie kaszlnął. Albo gdy oparłem rękę na jej ramieniu. Myśl, że Iskowitz mógłby na jego oczach wyzionąć ducha, przerażała go. Oczyma wyobraźni widział, jak jego niegdyś tryskający zdrowiem, a teraz wyniszczony znajomy (nagle stał się znajomym, już nie przyjacielem) wydaje ostatnie tchnienie i ze słowami "Ratuj mnie, ratuj mnie! ", wyciąga ręce do Mendla. Wielki Boże, rozmyślał Mendel, a na czoło wystąpiły mu krople potu. Nie mam ochoty odwiedzać Meyera. I właściwie dlaczego u diabła miałbym to robić? Nigdy nie byliśmy blisko zaprzyjaźnieni. Wielkie rzeczy, widywałem człowieka raz na tydzień. Wyłącznie przy kartach. Zamienialiśmy zaledwie parę słów. To był pokerzysta. W ciągu tych pięciu lat ani raz nie widzieliśmy się poza hotelem. Teraz on umiera, a ja od razu mam iść go odwiedzić. Nagle jesteśmy starymi kumplami. I do tego przyjaciółmi. Wydaje mi się, że był o wiele bliżej z każdym innym spośród nas. Jeśli w ogóle, to w każdym razie najmniej byłem jego przyjacielem. Niech oni go odwiedzają. W końcu ileż zamętu wokół siebie potrzebuje człowiek tak chory? Przecież do diabła on umiera. Chce spokoju, a nie najazdu czczych pocieszycieli. Dziś w każdym razie nie mogę, bo jest próba kostiumowa. Co oni właściwie sobie myślą, kto ja jestem, nierób? Zostałem właśnie asystentem producenta. Muszę myśleć o milionie rzeczy. A następne kilka dni też już zajęte,bo jest rewia świąteczna i mamy tu istny dom wariatów. No więc pójdę w przyszłym tygodniu. O co tyle krzyku? Pod koniec przyszłego tygodnia. Zobaczymy. Czy on w ogóle dożyje do przyszłego tygodnia? No dobrze, jak dożyje, to pójdę, jak nie, to jakież to u diabła będzie mieć znaczenie? Jeśli to jest nieczułość, no to życie jest nieczułe. Na razie trzeba trochę podrasować pierwsze wejście rewii. Aktualny humor. Rewia wymaga aktualnego humoru. Dość tych spleśniałych numerów.
Za pomocą paru wymówek Lenny Mendel unikał odwiedzin prze dwa i pół tygodnia. Gdy poczucie powinności silniej opanowywało jego świadomość, czuł się bardzo winien, ale jeszcze bardziej, gdy przyłapał się na tym, iż niemal wyczekuje wiadomości, że już po wszystkim i że Iskowitz umarł, wyzwalając go z kłopotu. Przecież tak czy tak jest to nieuchronne, argumentował, czemu więc nie zaraz? Po co człowiek ma dalej cierpieć? Ja wiem, że brzmi to okrutnie, myślał, i wiem, że jestem słabym , ale jedni radzą sobie z tymi rzeczami lepiej, inni gorzej. To znaczy z odwiedzaniem umierającego. Jest przygnębiające. Jakbym nie miał już dość spraw na głowie.
Ale wieść o śmierci Meyera nie nadeszła. Przybywało tylko uwag jego przyjaciół podczas pokera, co wzmagało jego poczucie winy.
- Ach, ty jeszcze nie byłeś u niego? Naprawdę powinieneś. On ma tak mało odwiedzin i tak się z nich cieszy!
- Lenny, on cię zawsze podziwiał.
- Tak, tak, Lenny'ego zawsze lubił.
- Ja wiem, że masz mnóstwo pracy przy rewii, ale powinieneś przecież spróbować znaleźć chwilę czasu na odwiedziny. Któż wie, ile mu zostało?
- Pójdę jutro - powiedział Mendel, ale następnego dnia znów przesunął termin. Prawda jest taka, że gdy zebrał w końcu na tyle odwagi, by odbyć dziesięciominutową wizytę w szpitalu, to nastąpiło to bardziej z potrzeby własnego obrazu, z jakim mógłby żyć, niż najlżejszego choćby współczucia dla Iskowitza. Mendel wiedział, że jeśli Iskowitz umrze, a on ze strachu lub wstrętu nie odwiedzi go, to będzie zapewne żałował swojego tchórzostwa, ale już będzie za późno. Będę nienawidził samego siebie za brak kręgosłupa, myślał, a wobec innych wyda się, kim jestem - samolubną wszą. Z drugiej strony, jeśli odwiedzę Iskowitza i zachowam się jak mężczyzna, będę wyglądał zarówno we własnych oczach, jak w oczach świata. W każdym razie rzecz w tym, iż potrzeba Iskowitza, by zaznać pociechy i towarzystwa, nie była motorem decyzji o odwiedzinach.
Teraz historia doznaje pewnego zwrotu, bo przecież mówimy o płytkości, a jej bijący wszelkie rekordy rozmiar u Lenny'ego Mendla dopiero teraz zaczyna się ujawniać. Pewnego chłodnego wtorkowego wieczory o siódmej pięćdziesiąt (nie mógł więc zostać dłużej niż dziesięć minut, nawet gdyby chciał) Mendel otrzymał w portierni szpitala przepustkę dającą mu dostęp do pokoju 1501, gdzie Meyer Iskowitz leżał samotnie, w zaskakująco dobrej formie, zważywszy stadium, do jakiego doszła choroba.
- No, Meyer, jak ci się wiedzie? - powiedział cicho Mendel starając się zachować stosowny dystans od łóżka.
- Kto tam jest? Mendel? To ty, Lenny?
- Byłem zajęty. Gdyby nie to, przyszedłbym wcześniej.
- Ach, jak to miło, że zadałeś sobie tyle trudu. Bardzo się cieszę, że cię widzę.
- Jak ci się wiedzie, Meyer?
- Jak mi się wiedzie? Wiesz, Lenny, niedługo z tego wyjdę. Zapamiętaj te słowa. Niedługo wyjdę.
- Pewnie, że tak - powiedział Lenny Mendel cichym, stłumionym od napięcia głosem. - Za sześć miesięcy wyjdziesz i znowu będziesz szachrował przy kartach. Ha, ha, żartuję, ty nigdy nie oszukiwałeś.
Dalej tak lekko, mówił sobie Mendel, pożartować trochę. Traktuj go tak, jak gdyby nie umierał, myślał Mendel przypominając sobie pewną radę, jaką gdzieś na ten temat wyczytał. W tym dusznym pokoiku, wyobrażał sobie, wdycham całe chmury złośliwych zarazków raka, jakie wydobywają się z Iskowitza i mnożą w ciepłym powietrzu.
- Przyniosłem ci "Post" - powiedział Lenny i położył prezent na stole.
- Siadaj, siadaj. Dokąd tak pędzisz? Przecież dopiero przyszedłeś - mówił Meyer serdecznie.
- Ja nie uciekam. Po prostu przepisy mówią, żeby nie przemęczać pacjentów i skracać czas odwiedzin.
- A więc co nowego? - spytał Meyer.
Pogodzony z perspektywą pogawędki aż do ósmej Mendel przysunął sobie krzesło (nie za blisko) i usiłował rozmawiać o kartach, sporcie, sensacjach z pierwszych stron gazet i pieniądzach, mając ciągle przykrą świadomość tego oto podstawowego, okropnego faktu, że Iskowitz mimo swego optymizmu nigdy już nie opuści tego szpitala żywy. Mendel pocił się i miał zamęt w głowie. Uciążliwa, wymuszona wesołość, wszechobecna aura choroby i świadomość własnej bezbronnej śmiertelności sprawiały, że zesztywniał mu kark i zaschło w ustach. Chciał wyjść. Było już pięć po ósmej, a tu ciągle nie wzywano go do zakończenia odwiedzin. Niezbyt dbano o przepisy. Wiercił się na krześle, gdy Iskowitz z czułością mówił o dawnych czasach, i po dalszych przygnębiających minutach był bliski omdlenia. Gdy już się wydawało, że dłużej nie wytrzyma, nastąpiło brzemienne w skutki zderzenie. Pielęgniarka, panna Hill - dwudziestoczteroletnia blondynka o niebieskich oczach, długich włosach i przepięknej twarzy - weszła i powiedziała, patrząc na Lenny'ego Mendla z ciepłym, ujmującym uśmiechem:
- Pora odwiedzin zakończona. Musi pan niestety się pożegnać.
Lenny Mendel, który w całym swoim życiu nie widział jeszcze tak doskonałego stworzenia, zakochał się natychmiast. Tak po prostu. Wybałuszał oczy z otwartymi ustami i miał wygląd zdumiałego mężczyzny, który wreszcie stanął twarz w twarz z kobietą swoich marzeń. Rozbolało go serce od przemożonego uczucia najwyższego pragnienia. Mój Boże, pomyślał, zupełnie jak w kinie. Nie było o czym mówić, panna Hill była absolutnie zachwycająca. W swym białym stroju wyglądała seksy i miała krągłe kształty, wielkie oczy i wydatne, zmysłowe wargi. Miała wyraziste kości policzkowe i bezbłędnie ukształtowane piersi. Jej głos brzmiał dźwięcznie i uroczo, gdy poprawiała prześcieradła, przekomarzała się dobrotliwie z Iskowitzem, dając zarazem wyraz głębokiej trosce o chorego. Na koniec wzięła tacę i wyszła, przystając tylko na moment, by szepnąć do Mendla:
- Lepiej niech pan już idzie. On potrzebuje spokoju.
- To twoja stała pielęgniarka? - spytał Mendel Iskowitza, gdy wyszła.
- Panna Hill? To nowa. Bardzo miła. Lubię ją. Nie taka ponura jak parę innych tutaj. Życzliwa jak to tylko możliwe. I duże poczucie humoru. No, teraz już lepiej idź. tak się ucieszyłem ze spotkania z tobą.
- Taak, ja też, Meyer.
Oszołomiony Mendel wstał i poszedł korytarzem z nadzieją spotkania raz jeszcze panny Hill, zanim on dotrze do wind. Nigdzie jej nie było i gdy Mendel wyszedł na wieczorny chłód ulicy, wiedział już, że musi ją znowu ujrzeć. Mój Boże, myślał, gdy taksówka wiozła go przez Central Park do domu, znam aktorki, znam modelki, a tu tak młoda pielęgniarka jest bardziej urocza niż wszystkie one razem wzięte. Dlaczego z nią nie porozmawiałem? Powinienem ją był wciągnąć do rozmowy. Może jest mężatką? Ach, nie - przecież nazywa się panna Hill. Powinienem był wypytać o nią Meyera. No ale skoro jest nowa. . . przebadał wszystkie "powinienem-był" i uznał, że stracił ogromną szansę, ale potem pocieszył się tym, że przynajmniej wie, gdzie ona pracuje, i że może ją przecież odnaleźć, gdy tylko odzyska równowagę. Przyszło mu na myśl, że ona może się okazać pozbawiona inteligencji albo ograniczona jak tyle pięknych kobiet, na które się natknął w showbiznesie. Jest jednak pielęgniarką, co może oznaczać, że jej zainteresowania są głębsze, bardziej ludzkie, mniej samolubne. Ale może też znaczy, że gdy ją lepiej poznam, okaże się tylko pozbawioną fantazji roznosicielką kaczek. Nie - życie nie może być tak okrutne. Zastanawiał się, czy nie poczekać na nią przed szpitalem, przypuszczał jednak, że jej dyżury są zmienne i że się z nią rozminie. Poza tym mógłby ją spłoszyć nagłym zagadnięciem.
Następnego dnia znowu poszedł odwiedzić Iskowitza i przyniósł mu książkę Słynne historie sportowe uważając, że uczyni ona jego odwiedziny mniej podejrzanymi. Iskowitz był zaskoczony i uradowany spotkaniem, ale tego wieczoru panna Hill nie miała dyżuru, a do pokoju wpadł dragon nazwiskiem panna Caramanulis. Mendel z trudem ukrywał zawód i daremnie usiłował skupić się na tym, co Iskowitz miał do powiedzenia. Będący na środkach uspokajających Iskowitz w ogóle nie zauważył, że rozkojarzony Mendel chce się ulotnić.
Mendel przyszedł następnego dnia i zastał niebiański przedmiot swoich marzeń zajęty obsługą Iskowitza. Niezdarnie starał się nawiązać rozmowę, a gdy wychodził, udało mu się w korytarzu znaleźć zupełnie blisko niej. nasłuchując jej rozmowy z inną młodą pielęgniarką odniósł wrażenie, że panna Hill ma przyjaciela i że oboje wybierają się następnego dnia na musical. Czekając na windę udawał obojętność, ale nasłuchiwał uważnie, by stwierdzić, na ile poważny był ten związek, nie mógł jednak dosłyszeć szczegółów. Skłaniał się do przypuszczenia, że jest zaręczona, i choć nie nosiła obrączki, wydało mu się, jakby mówiła o kimś "mój narzeczony". Poczuł zniechęcenie i wyobraził sobie ją jako ubóstwianą towarzyszkę jakiegoś młodego lekarza, być może wspaniałego chirurga, z którym dzieli wiele zawodowych zainteresowań. Jego ostatnie spojrzenie, zanim drzwi windy zamknęły się, by zwieźć go na ulicę, uchwyciło pannę Hill, jak szła korytarzem i żywo rozmawiała z inną pielęgniarką, uwodzicielsko kołysząc biodrami, a jej melodyjnym, czarowny śmiech dźwięczał wśród surowego milczenia oddziału. Muszę ją mieć, myślał Mendel, trawiony pragnieniem i namiętnością, i nie mogę tego znowu spaprać jak tyle razy wcześniej. Muszę postępować rozsądnie. Nie za szybko, co zawsze jest moim problemem. Nie mogę działać pospiesznie. Muszę się dowiedzieć o niej czegoś więcej. Czy naprawdę jest tak cudowna, jak ja to sobie przedstawiam? A jeśli tak, to jak bardzo jest związana z tamtym? Jeśli zaś tamten nie istnieje, to czy mam jakieś szanse? Nie widzę podstaw, dla których, jeśli jest wolna, nie mógłbym się o nią starać i ją zdobyć. Albo nawet odbić ją tamtemu. Potrzeba mi jednak czasu. Czasu, by czegoś się o niej dowiedzieć. potem czasu, by nad nią popracować. Rozmawiać z nią, żartować, dostarczyć jej wszystkiego, co z darów wiedzy i humoru, mam do zaoferowania. Mendel zacierał ręce jak medycejski książę i ciekła mu ślinka. Logicznie byłoby spotkać ją podczas odwiedzin u Iskowitza i powoli, bez nacisku, zdobywać u niej punkty. Muszę być ostrożny. Działaniem wprost nazbyt często wszystko popsułem. Muszę działać powściągliwie.
Podjąwszy takie decyzje Mendel przychodził teraz do Iskowitza codziennie. Chory nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, że ma tak szczerze oddanego przyjaciela. Mendel przyniósł zawsze jakiś okazały i dobrze przemyślany prezent. Taki, który mógłby mu pomóc w wywarciu wrażenia na pannie Hill. Piękne kwiaty, biografia Tołstoja (słyszał jak mówiła, że bardzo lubi Annę Kareninę), poezje Wordswortha, kawior. Iskowitz był oszołomiony tym zestawem. Nie znosił kawioru i nigdy nie słyszał nazwiska Wordsworth. Mendel powstrzymał się jednak od kupienia Iskowitzowi zabytkowych kolczyków, choć widział parę, co do której był pewien, że zachwyciłaby pannę Hill.
Zakochany korzystał z każdej okazji, by nawiązać rozmowę z pielęgniarką Iskowitza. Dowiedział się, że owszem, jest zaręczona, ale ma kłopot. Jej narzeczony to adwokat, ona zaś wolałaby poślubić kogoś ze sfer bardziej artystycznych. Norman jednak, jej adorator, jest postawny, ciemnowłosy i wygląda fantastycznie; ten opis odebrał odwagę mniej atrakcyjnemu cieleśnie Mendlowi. Swoje tezy i obserwacje trąbił gasnącemu powoli Iskowitzowi tak głośno, by również panna Hill mogła usłyszeć. Miał poczucie, że wywiera na niej jakieś wrażenie, ale ilekroć wydawało mu się, że ma mocną pozycję, w rozmowie pojawiały się plany na przyszłość związane z Normanem. Co za szczęściarz z niego, myślał Mendel. Spędza z nią czas, razem się śmieją, razem planują, dotyka wargami jej warg, zdejmuje jej ten biały fartuch - może nie aż do ostatniej szmatki. O Boże! wzdychał Mendel spoglądając w niebiosa i potrząsając głową gestem zawiedzionej nadziei.
- Nie wyobraża pan sobie, ile te odwiedziny znaczą dla Iskowitza - powiedziała pewnego dnia pielęgniarka do Mendla, a on od jej uroczego uśmiechu i wielkich oczy niemal stracił przytomność. - On nie ma żadnych krewnych, a większość przyjaciół ma tak mało czasu. Moim zdaniem oczywiście większości ludzi brak współczucia lub odwagi, by poświęcać dużo czasu beznadziejnemu przypadkowi. Ludzie odpisują śmiertelnie chorych na straty i wolą o nich nie myśleć. Dlatego uważam, że pana postawa jest. . . no. . . wspaniała.
Wieść o tym, jak Mendel hołubi Iskowitza, rozniosła się i podczas cotygodniowych spotkań przy kartach bardzo Mendla podziwiano.
- To, co robisz, jest niezwykłe - stwierdził podczas pokera Phil Birnbaum. - Meyer opowiadał mi, że nikt nie przychodzi tak regularnie jak ty, i powiedział, że zjawiasz się też ponadplanowo.
Umysł Mendla był w tym momencie zajęty biodrami panny Hill, które w jego myślach zadomowiły się już na stałe.
- I co z nim? Trzyma się dzielnie? - zapytał Sol Katz.
- Kto się trzyma? - odpowiedział pytaniem zatopiony w marzeniach Mendel.
- Kto? No a o kim mówimy? Biedny Meyer.
- A. . . tak. Trzyma się. Tak - przyznał Mendel, który nie zauważył, że ma właśnie w dłoni fula.
Z biegiem tygodni Iskowitz gasł coraz bardziej. Kiedyś spojrzał bezsilnym wzrokiem na stojącego nad nim Mendla i wyszeptał:
- Lenny, kocham cię. Naprawdę.
Mendel ujął wyciągniętą dłoń Meyera:
- Dziękuję, Meyer. posłuchaj, była tu dziś panna Hill? Co? Mógłbyś mówić trochę głośniej? Trudno cię zrozumieć.
Iskowitz ledwo widocznym ruchem skinął głową.
- Aha - powiedział Mendel - i o czym rozmawialiście? Może o mnie?
Mendel nie odważył się oczywiście ujawnić przed panną Hill swych uczuć, był w kłopotliwej sytuacji, bo nie chciał, by ona choć przez chwilę podejrzewała, że on przychodzi tu tak często z jakichś innych powodów niż w odwiedziny do Iskowitza.
Niekiedy bliskość śmierci skłaniała chorego do filozofowania i do mówienia rzeczy w rodzaju:
- Jesteśmy na tym świecie i nie wiemy po co. wszystko mija, zanim się dowiadujemy dlaczego. Trzeba się radować chwilą. Żyć oznacza być szczęśliwym. Mimo to, wierzę, że Bóg istnieje, a kiedy się oglądam i widzę, jak słońce wpada przez okno albo wieczorem wschodzą gwiazdy, to wiem, że On ma jakiś ostateczny zamysł i że ten zamysł jest dobry.
- Słusznie, słusznie - odpowiadał wtedy Mendel. - A co z panną Hill? Jest jeszcze z Normanem? Dowiedziałeś się tego, o co cię prosiłem? Dowiedz się, jeśli ją zobaczysz jutro rano podczas tych badań, które ci robią.
W kwietniu pewnego deszczowego dnia Iskowitz zmarł. Zanim pożegnał ten świat, wyznał Mendlowi raz jeszcze, że go kocha i że współczucie, jakie mu w tych ostatnich dniach okazał, było najdonioślejszym przeżyciem, jakie miał kiedykolwiek w kontaktach z innymi ludźmi. Dwa tygodnie później panna Hill rozstała się z Normanem, a Mendel zaczął się z nią umawiać. Mieli romans,który trwał rok, a potem każde poszło w swoją stronę.
- Niewiarygodna historia - powiedział Moskowitz, gdy Koppelmann zakończył opowieść o płytkości Lenny'ego Mendla. - Widać tu raz jeszcze, jak źli są niektórzy ludzie.
- Tak bym tego nie ujmował - stwierdził Jake Fischbein. - Zupełnie nie. Ta historia pokazuje,jak miłość do kobiety potrafi sprawić, że mężczyzna pokonuje swój lęk przed śmiercią, choćby tylko na pewien czas.
- O czym ty mówisz? - włączył się Abe Trochman. - Główny punkt tej historii polega przecież na tym, że umierający korzysta z nagłej namiętności swego przyjaciela do kobiety.
- Ale oni nie byli przyjaciółmi - zaoponował Lupowitz. - Mendel przyszedł z poczucia obowiązku. Potem przychodził z egoizmu.
- Jakie top ma znaczenie? - powiedział Trochman. - Iskowitz czuł bliskość człowieka. Umarł pocieszony. A że motorem tego była żądza Mendla wobec pielęgniarki. . . to cóż z tego?
- Żądza? jaka żądza? Przecież Mendel pomimo swej płytkości pierwszy raz w życiu przeżył miłość.
- I cóż z tego? - wtrącił Bursky. - Kogo obchodzi sens tej historii? Jeśli w ogóle istnieje. to była anegdota dla rozrywki. Zamówmy coś może.