Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Jej wysokość Afrodyta
(USA, 1995) komedia    plakat/okładka

EKIPA:
Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Zdjęcia: Carlo Di Palma
Muzyka: Dick Hyman
Montaż: Susan E. Morse
Casting: Juliet Taylor
Scenografia: Santo Loquasto
Dekoracja wnętrz: Susan Bode
Kostiumy: Jeffrey Kurland
Produkcja: Robert Greenhut
Producent wykonawczy: J.E. Beaucaire
Producent wykonawczy: Jean Doumanian
OBSADA:
Prowadzący w chórze greckim: F. Murray Abraham
Lenny Weinrib: Woody Allen
Armanda Weinrib: Helena Bonham Carter
Żona Buda: J. Smith-Cameron
Bud: Steven Randazzo
Linda Ash/Judy Cum: Mira Sorvino
Laius: David Ogden Stiers
Jocasta: Olympia Dukakis
Oedipus: Jeffrey Kurland
Ojciec Amandy: Donald Symington
Matka Amandy: Claire Bloom
Max Weinrib: Jimmy McQuaid
Jerry Bender: Peter Weller
OPIS:
Para małżeńska adoptuje dziecko. Jego iloraz inteligencji jest tak wysoki, że wstrząśnięci opiekunowie postanawiają odnaleźć biologiczną matkę. Poszukiwania kończą się sukcesem, jednakże odnaleziona kobieta bynajmniej nie jest geniuszem.

Życie jest dziwne, ale piękne.
Woody Allen jest najbardziej europejskim spośród wszystkich twórców amerykańskich. Nie ma w nim typowego dla Amerykanów samozadowolenia, za to pełno neurastenicznych lęków, niedopowiedzeń, wątpliwości. Jego poczucie humoru też daleko odbiega od tego, z czego śmieją się Jerry Lewis, Bette Midler czy nawet Bill Cosby. Bohaterami jego filmów też nie są kowboje, milionerzy, biznesmeni i politycy, ale intelektualiści ze wszystkimi swoimi obciążeniami i nieustannie stawianymi pytaniami.

"Jej Wysokość Afrodyta" to komedia dla Allena typowa. Jej bohater Lenny (grany oczywiście przez samego reżysera) jest pisarzem i dziennikarzem sportowym, którego żona -- historyczka sztuki, postanawia adoptować dziecko. Chłopczyk -- Max staje się oczkiem w głowie przybranych rodziców, Lenny wariuje na jego punkcie. Ale w małżeństwie coś się psuje, Lenny i Amanda są sobą znudzeni i zmęczeni. Lenny zaczyna rozglądać się za kochanką. I wtedy wpada na genialny pomysł: skoro ma absolutnie piękne i genialne dziecko, to znaczy, że urodziła je absolutnie piękna i genialna kobieta. Lenny zaczyna szukać biologicznej matki swojego syna. I znajduje. Tylko że Linda Ash okazuje się istotą bardzo seksowną i bardzo. .. prostą. Jest, występującą pod pseudonimem Linda Orgazm, aktoreczką filmów porno, na co dzień zarabiającą na życie jako prostytutka. I tu zaczyna się najlepsza zabawa.

Woody Allen rysuje wspaniałe portrety ludzi -- owego intelektualisty Lenny'ego, jego żony, Amandy, prostytutki Lindy -- prostej, ale dobrej i pełnej tęsknot, prymitywnego chłopaka ze wsi, za którego Lenny chce wydać Lindę "dla dobra dziecka, które kiedyś zapyta o swoją matkę". Tworzy też Allen niezliczoną liczbę przezabawnych sytuacji, opierających się na dowcipie cieniutkim, inteligentnym. W"Afrodycie" mnóstwo jest cudownych dialogów, przy których widza brzuch zaczyna boleć od śmiechu. Woody Allen jest rzeczywiście w wielkiej formie. Zresztą jako reżyser i jako aktor. Na dodatek znalazł dla siebie w tym filmie dwie wspaniałe partnerki. Helena Bohnam-Carter, kojarząca się głównie z kostiumowymi rolami u Jamesa Ivory'ego, świetnie zagrała współczesną kobietę -- intelektualistkę z Manhattanu. Ale wszystkich przeskoczyła w aktorskiej maestrii mało znana Mira Sorvino wroli Lindy Ash. Ta wysoka postawna dziewczyna ma vis comica i wielki talent.

Wszystko, co opowiada Allen o ludzkim losie ma charakter intymnego wyznania. Szczerej opowieści o sobie samym, o swoich niespełnieniach i lękach. Allen patrzy jednak na swój los intelektualisty z dystansem i przymrużeniem oka. Dlatego wprowadza bardzo zabawny grecki chór, który komentuje zdarzenia, usiłuje bohatera filmu przestrzec przed błędami, uchronić przed życiową katastrofą. Ten chór też jest po "allenowsku" zdystansowany i inteligentny. I znów zobaczymy w nim aktorów, którzy teoretycznie do komedii nie pasują, jak choćby Murray Abraham.

Humor, inteligencja, wyśmienite aktorstwo to jeszcze nie wszystkie atuty "Jej Wysokości Afrodyty". Bo ten film jest przede wszystkim wspaniałym hymnem na cześć uczuć, miłości, przyjaźni, tolerancji. I samego życia z jego głupotami, niesprawiedliwościami, niebezpiecznymi zakrętami. "Jej Wysokość Afrodyta" ma w sobie pokłady pogody. Ciekawe, że ten radosny film Allen zrobił jakby "na przekór", w czasie, gdy miał mnóstwo kłopotów, gdy zawaliło mu się życie, Mia Farrow oskarżała go o seksualne napastowanie własnego nieletniego dziecka, a opinia publiczna występowała przeciwko niemu. I właśnie w takich chwilach Allen zrobił film, którego pointę na końcu wyśpiewuje grecki, jazzujący chór: "Życie jest piękne! "

Barbara Hollender