Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Allen kataloński
Paweł T. Felis, Gazeta Wyborcza

Od dziś w kinach "Vicky Cristina Barcelona" nowy, znakomity film Woody'ego Allena. Gorzka komedia o miłości, która dowodzi, że nie znamy ani innych, ani siebie.

Gdy hiszpański macho (Javier Bardem) podchodzi w restauracji do dwóch nieznajomych kobiet, jedną z nich - Cristinę (Scarlett Johansson) - pyta prosto z mostu: "Jakiego koloru masz oczy?". "Niebieskie" - odpowiada Cristina, by za chwilę uwodzicielsko zmienić zdanie: "Jednak zielone". Allen w tym filmie bawi się z widzem: czy na pewno już po paru minutach wszystko wiemy o jego bohaterach?

Spodziewamy się więc, że on - Juan Antonio - to typ podrywacza, który bez ceregieli oferuje Amerykankom weekendowy wyjazd do Oviedo, gdzie "będą się kochać", bo "życie jest krótkie, smutne i pełne bólu". Domyślamy się, że wyzwolona i neurotyczna Cristina na propozycję chętnie przystanie, a jej przyjaciółka Vicky (Rebecca Hall), pragmatyczna w życiu i miłości, a na dodatek zaręczona, będzie temu przeciwna. Do Oviedo pojadą jednak wszyscy. Nie po seks, ale po to, by pewność widza - i swoją własną - mocno zachwiać.

Być artystą (niespełnionym)

"Późny" Allen tym różni się od "wczesnego", że z kapitalną dezynwolturą i wdziękiem świadomie gra te same piosenki, tyle że w coraz to nowych tonacjach i na innych instrumentach. W "Vicky Cristina Barcelona" wracają np. staromodne długie dyskusje inteligentów przy stole i winie. Rozmawia się o "sztuce i romantyzmie", w Barcelonie wypatruje śladów Gaudiego, a znajomości zawiera w galeriach. Nawet jeśli pojawia się tu bohaterka, która "nie obraca się w artystycznych kręgach", większość postaci to - niespełnieni rzecz jasna - artyści: stary poeta, który odmawia publikowania swoich wierszy, reżyserka 12-minutowej etiudy "o tym, jak nieuchwytna jest miłość" czy byłe małżeństwo malarzy, które oskarża się o kradzież stylu. "Chciałem być pisarzem, muzykiem, malarzem - mówi mimochodem Juan Antonio. - Wszystko jedno kim, żeby tylko wykrzyczeć uczucia, których inaczej wyrazić nie można".

Takim artystą jest też ten, który odzywa się z offu - wszystkowiedzący narrator jak z XIX-wiecznej powieści, który zaczyna opowieść niczym bajkę: "Vicky i Cristina postanowiły spędzić lato w Barcelonie". To on wkłada w usta swoim postaciom określenia szufladki: "jesteś neurotyczką", "przesłodzony pantoflarz", "nieszczęśliwa kobieta z efekciarskim wizerunkiem zagubionej w świecie artystki". I to on snuje tutaj romansowo-ironiczną intrygę, która wydaje się z początku zbyt jednoznaczna, gładka, powierzchowna. Złożona z popularnych klisz. Rzeczywiście narrator wszystko wie czy tylko udaje, że wie?

Poczuć, czyli zgubić tożsamość

Konstrukcja filmu przypomina niedocenioną (który z ostatnich filmów Allena został zresztą doceniony?) "Melindę i Melindę". Wtedy bohaterka była jedna, a jej losy - w dwóch wersjach, komediowej i na serio - na gorąco wymyślali siedzący w knajpie pisarze. Tu zabieg jest podobny: filmowy bajarz na naszych oczach kreśli fabułę, by w finale pozwolić wyjść bohaterom z ich ról i przyznać się do kapitulacji.

Strzał, który pada wreszcie w "Vicky Cristina Barcelona", jest oczywiście fabularnym żartem, ale i dowodem bezradności. Allen, który tym razem wziął na warsztat niemal wszystkie modele miłosnych relacji - miłość romantyczną i toksyczną, namiętną i racjonalną, trójkąty, wolne związki, małżeństwa i zdrady - z melancholią i ironią mówi nie tylko o tym, "jak nieuchwytna jest miłość", ale i o tym, że nie znamy ani innych, ani siebie.

W tej tylko z pozoru lekkiej przypowieści niemal wszyscy będą musieli sobie zaprzeczyć, przyznać do klęski i zgubić (kruchą zresztą) tożsamość. Najmądrzejsza okaże się paradoksalnie ekscentryczna wariatka, histeryczna i niedoszła samobójczyni, czyli eksżona Juana Antonia - pięknie szarżująca aktorsko Penélope Cruz gra Marię Elenę, kobietę fatalną, która nie ma już żadnych złudzeń, za to dziwi się naiwności innych. Jak kocha, to spala się i wrzeszczy, jeśli jest zazdrosna, to chce zabić. To ona rozsadza logikę komediowego romansu, jakby podpowiadała narratorowi, że forma pozwala uciec od szaleństwa codzienności tylko na chwilę.

"Chroniczne niezaspokojenie"

Ta rygorystyczna zwykle u Allena forma, zarażona nadekspresją Marii Eleny, w ostatniej części filmu rwie się, wypada z kolein, nie prowadzi do żadnej puenty. Poddaje się w pewnym sensie narrator-bajarz, który przyznaje mimochodem coś, co wydaje się w całym filmie najważniejsze: świat nie dzieli się na "rozważne" i "romantyczne", playboyów i pantoflarzy, a Melinda komiczna i tragiczna, ładnie rozszczepiona w filmie sprzed pięciu lat, to w życiu zwykle jedna i ta sama osoba.

Męskie i kobiece "typy" okazują się tym bardziej złudne, że w grę wchodzi miłosny żywioł. Gdy "rozważna" Vicky nadto wzrusza się przy dźwiękach hiszpańskiej gitary, ujawnia tylko tę część siebie, którą próbuje ukryć. Gdy "romantyczna" Cristina racjonalizuje związek, który wcale jej nie odpowiada, tak naprawdę odkrywa, że jest bardziej konserwatywna, niż chciałaby przyznać. Ani jednej, ani drugiej, ani nawet tej trzeciej - która jest kobiecym wzorem dla Juana Antonia - miłość jednak nie uszczęśliwi.

Nie dlatego bynajmniej, że "cierpienie to nieodzowny element namiętności". Allen po raz kolejny bawi się mitem miłości niespełnionej, ale bawi się serio: "chroniczne niezaspokojenie" okazuje się bliskie również tym, których do wrażliwców zaliczyć trudno. Każde uczucie ma w tym filmie jakąś skazę, tyle że nie zastąpi go nawet najbardziej namiętny i najpiękniej sfotografowany seks.

Idealny seks i idealna miłość w przyrodzie nie występują - sugeruje Allen. I opowiada się za tym, co niedoskonałe. Dla Vicky i Cristiny lato w Barcelonie musi się skończyć, ale doświadczenie nieideału wywróci ich samoświadomość. Czy wbrew temu, co mówi narrator, obie nie tylko nie mają już na koniec pewności, czego chcą, ale też tego, czego nie chcą?