Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Woody i Pan Bóg
Tadeusz Sobolewski, Gazeta Wyborcza

Od dziś na ekranach "Sen Kasandry". To nieprawda, że Woody Allen się skończył. Imponująco dostosowuje się do nowych warunków. Kiedyś odwoływał się do Czechowa i Bergmana, teraz odwołuje się do telenoweli i kryminałów. Ale nadal jest sobą.

"A jeśli Bóg istnieje?" - pyta w nowym filmie Allena morderca dręczony zwidami i wyrzutami sumienia jak szekspirowski Makbet. "Nie przejmuj się - mówi mu wspólnik - Świat jest okrutny, a przemoc jest ważnym składnikiem życia". "Sen Kasandry" - historia zbrodni doskonałej - balansuje pomiędzy klasyczną tragedią a banalną telenowelą. W klasycznej tragedii bohater, łamiąc boskie prawa, narażał się na karę i w końcu sam musiał ją sobie wymierzyć. W telenoweli każda sytuacja ma swoje wytłumaczenie i nie ma miejsca na żadną otchłań.

Owszem, w finale dojdzie do tragicznego paroksyzmu zbrodni i kary, ale banał w końcu zwycięża. Wychodzimy z kina z krzywym uśmiechem. Woody Allen do końca igra z oczekiwaniami widza, który podświadomie oczekuje sprawiedliwego wyrównania rachunków. Kryminał jest wprawdzie gatunkiem rozrywkowym, ale opiera się na pierwotnym, wbudowanym w nas poczuciu sprawiedliwości. W starożytnej tragedii bogowie karali zbrodniarza - oglądając kryminał, pragniemy tego samego: objawienia się wyższej, bezwzględnej sprawiedliwości.

"Sen Kasandry" to tytuł dobry dla greckiej tragedii. Tu jest to po prostu nazwa jachtu. Kupno tego jachtu wywoła lawinę katastrofalnych zdarzeń, choć kara dotknie nie tych, których powinna. Mniej rozgarnięty z dwóch braci, synów restauratora, Terry (Colin Farrell), odczuje wyrzuty sumienia. Ten zadłużony hazardzista szukający szczęścia na wyścigach psów jest postacią żałosną, w pewnym sensie tragiczną. To on w krytycznym momencie zapyta: "A jeśli Bóg istnieje?". Ale nie będzie to miało żadnego znaczenia. Pytanie to brzmi jak cytat z innej rzeczywistości. W pewnym momencie obaj bracia, Terry i Ian (Farrell i McGregor), londyńskie cwaniaczki, zaczynają mówić do siebie szekspirowską frazą, analizują swoje czyny, jakby stali na scenie. Ale to również nic nie znaczy. Mówią jedno, robią drugie. A duch opowieści sprzyja temu, kto zaplanował zbrodnię, sprawnie usuwając mu z drogi wszystkie przeszkody.

Opowiadając historię braci wplątanych w morderstwo, Allen stosuje chwyt klasycznej tragedii: kluczowe zdarzenia dzieją się zawsze poza kadrem. Bohaterowie tragedii wygłaszali na scenie tyrady. Ci też to robią, ale raczej w stylu "Kiepskich". Telenowela zwycięża, bo jest bliższa życiu. Jak mówi bohaterka jednego z dawnych filmów Allena: "Życie nie przypomina sztuki, tylko kiepską telewizję". Strywializowanej fabule odpowiada trywialna estetyka. Słynny operator Vilmos Zsigmond zrobił celowo płaskie zdjęcia. Kompozytor Philip Glass, po raz pierwszy współpracujący z Woodym Allenem, napisał banalną muzykę. Specjalnego kunsztu wymaga podszywanie się pod niskie gatunki - jednak Woody Allen, przynajmniej od czasu pierwszego w swojej karierze kryminału, jakim była "Tajemnica morderstwa na Manhattanie", ma ten kunszt opanowany.

Jaki sens ma w tej tragifarsie pytanie: czy Bóg istnieje? Czy oznacza jeszcze cokolwiek, czy już nic?

Woody Allen, który napisał kiedyś komedię "Bóg", nie pastwi się nad Bogiem jako takim. Byłoby to zadanie absurdalne. Bóg jest poza krytyką, gdy się w niego wierzy, a tym bardziej gdy się w niego nie wierzy. Kiedy w wywiadzie rzece Stig Björkman pyta Allena: "Czy mógłbyś powiedzieć coś na temat swojej wiary?", on wykrzykuje: "Tylko nie to! Wydaje mi się, że świat jest całkowicie obojętny. W najlepszym razie!". Woody Allen wydaje się skromnym agnostykiem, który w swoich filmach uderza w ludzką głupotę i zadufanie, zdając sobie sprawę, że są pytania, na które nie ma odpowiedzi.

Nie zna jej nawet sam Pan Bóg, gdyby móc go o to zapytać. W tradycji żydowskiej - jak pamiętam z książek Juliana Stryjkowskiego - takie pytania bez odpowiedzi nazywają się "tikkun". Woody Allen należy do tradycji, w której imienia boskiego się nie wymawia. I jeśli on wymawia je prowokacyjnie, to po to, żeby wykazać, że jest to akt bezużyteczny. Ewentualna śmierć Boga również nie jest w stanie wstrząsnąć bohaterem Allena - spokojnie zjada swego kurczaka z frytkami. Jeżeli mamy postępować moralnie, musimy to robić przy pełnej obojętności świata, bez obietnicy nagrody.

Słynna krytyczka amerykańska Pauline Keal napisała u szczytu świetności Woody'ego Allena, kiedy u nas traktowano go przede wszystkim jako komika, że wiodącymi tematami jego filmów są: lęk przed śmiercią, klęska miłości, utrata Boga. W najlepszych nowojorskich filmach, takich jak "Annie Hall" czy "Hanna i jej siostry", Allen cudownie rozbrajał swój pesymizm. Za to go pokochaliśmy. Choć przez minione lata nie stracił nic ze swojej ironicznej werwy i co roku produkuje nowy film, horyzont jego widzenia zaciemnia się. Celem jego satyry jest dziś ukazywanie obojętności świata i banalności zła. Tak było w pierwszym londyńskim filmie Allena "Wszystko gra", tak jest w "Śnie Kasandry".

Czy nie ma w tym mizantropii, w jaką popadają często starzy ludzie przekonani, że świat zmierza ku gorszemu? Ale czy tak nie jest? Czy nie jesteśmy nieustannie atakowani czarnymi scenariuszami futurologów? Woody Allen przynajmniej podaje nam je ze śmiechem.

W "Śnie Kasandry" pojawia się motyw chiński w postaci wuja, który zbija fortunę na chirurgii plastycznej Chińczyków (ktoś pyta: po co im chirurgia plastyczna?). Postać z klasycznej farsy, "nadziany wujaszek", nadzieja zadłużonej londyńskiej rodziny, zamiast paść ofiarą sprytnych siostrzeńców, okazuje się człowiekiem bez skrupułów. Chiny są dla niego poligonem nowych zasad, biznesowej bezwzględności i argumentacji, która wytłumaczy każde zło wyższą koniecznością.

Londyńskie filmy Woody'ego Allena dzieją się w świecie zdominowanym przez biznes. Miasto, które przygarnęło go jako filmowca i o którym opowiada z takim zachwytem w wywiadach, w jego filmach staje się bezduszną, przyszłościową metropolią, nad którą niczym świątynia molocha góruje zaprojektowana przez Normana Fostera wrzecionowata wieża biznesu - symbol triumfu rynku nad wszelkimi wartościami. W świecie, który ukazuje Allen, nie tylko Pan Bóg, ale również sztuka nie ma żadnego znaczenia, podobnie jak komplementy, którymi obrzuca się artystów.

On sam ich ostatnio nie zbiera zbyt wiele. Ale nie trzeba wierzyć, gdy mówią, że Woody Allen się skończył, i gdy w internecie, zwykle tak łaskawym, ktoś daje mu dwie gwiazdki. Nic zwracam na to uwagi - idę na film Woody'ego Allena i zastaję go w tej samej formie. Imponująca jest jego niezmienność, a zarazem elastyczność. Musi liczyć się z nową widownią, z nowymi czasami, a przede wszystkim z degrengoladą kina. Kiedyś odwoływał się do Bergmana i Czechowa, teraz musi odwoływać się do telenoweli. Ale w tym wszystkim pozostaje sobą.