Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Zagraj to jeszcze raz, Woody
Marta Strzelecka, wyborcza.pl

Po raz pierwszy w Polsce. Woody Allen i jego New Orleans Jazz Band pod dyrekcją Eddy'ego Davisa wystąpili wczoraj w Sali Kongresowej.

"Nikt nie przyszedłby dziś wieczorem, żeby słuchać starego jazzu w wykonaniu kilku nieznanych facetów z Nowego Jorku, gdyby nie Woody - mówił wczoraj "Gazecie" szef zespołu Eddy Davis.

- Doskonale rozumiemy, że te trasy mogą się odbywać tylko dlatego, że dzięki jego popularności mamy publiczność. Kogo by interesowało moje bandżo, gdyby obok mnie nie siedział Allen?".

Początek koncertu to potwierdził. Kiedy pojawił się Allen, w pierwszych rzędach łatwiej go było zobaczyć na małych ekranach aparatów cyfrowych niż na scenie przesłoniętej szpalerem fotoreporterów. Przywitał się zdaniami: "Zagramy dla was muzykę z Nowego Orleanu, jego ulic, kościołów, pogrzebów, wesel. Zrobimy wszystko, żeby was rozbawić". Udało się więcej. Po kilku utworach publiczność bardziej była zainteresowana radosną improwizacją muzyków niż robieniem zdjęć.

Allen nucił pod nosem, wybijał rytm stopami, wiercił się na stołku, szeptał do Davisa, czasem zamierał, słuchając kolegów.

Grudniowe trasy koncertowe po Europie są dla Allena tradycją. Podróżuje z rodziną. Zaczynają kilka dni przed świętami, kończą po Nowym Roku.

Koncerty mają przewidywalny rytm - kilkanaście utworów o podobnym brzmieniu, solówki w powtarzającym się porządku o podobnej długości. Tym wszystkim nowoorleański jazz w wykonaniu grupy nowojorczyków może znudzić, ale może też uwieść. Jak filmy Allena - nie oczekujemy, że nas zaskoczy, chcemy, żeby wciąż grał nadwrażliwych intelektualistów z Manhattanu, nie mielibyśmy nic przeciwko powtarzaniu w kolejnych scenariuszach historii o neurotycznych związkach z bohaterkami granymi przez Diane Keaton. Jego sposób na występowanie z klarnetem to dobrze się bawić z przyjaciółmi.

Na klarnecie zaczął grać jako piętnastolatek. Ćwiczył przy płytach George'a Lewisa. Słuchał koncertów Sidneya Becheta - saksofonisty sopranowego, o którym mówił "New York Timesowi": "Jest bardziej zwierzęcy niż Armstrong". Innym wykonawcom zazdrości nonszalancji, którą nazywa "dzikim zwierzęcym stylem" albo "wielkim nieokrzesaniem". Sam, jak twierdzi, nie może sobie na to pozwolić, bo wciąż za mało umie, choć ćwiczy codziennie od czasów liceum, a koncertuje od ponad trzydziestu lat.

Zaczynał z własną grupą na początku lat 70. w nowojorskim Michael's Pub. Był wtedy popularnym komikiem telewizyjnym. Jego fanom zależało na dowcipach, zatem udawał, że klarnet to tylko rekwizyt - między skeczami wygrywał na nim krótkie melodie, robiąc zabawne miny. Podobne popisy można obejrzeć w archiwalnych odcinkach popularnego wtedy telewizyjnego show Dicka Cavetta, w którym Allen bywał gościem. Każdy dźwięk służył mu za okazję do wygłupu.

Jak bardzo interesuje go tradycyjny amerykański jazz, udowodnił, tworząc ścieżkę dźwiękową do "Śpiocha". Wyjechał do Nowego Orleanu, żeby nagrać muzykę do filmu z tamtejszą orkiestrą Preservation Hall Jazz Band. W tych nagraniach słychać jego klarnet. Do kolejnych filmów wyciągał ze swojej płytoteki Gershwina, Portera, Berlina. Kiedy używał nagrań Armstronga, sceny kręcił tak, by długością pasowały do wykonań mistrza.

Współczesnej muzyki nie chce rozumieć. "Kiedy słucham Billie Holiday, pamiętam słowa, melodię - mówi. - Teraz wyskakuje czterech facetów z gitarami, dziesięć tysięcy ludzi unosi ręce do góry, faceci na scenie nie mają koszul, publiczność nie ma koszul, rozwalają gitary, a muzyka jest tak głośna, że pękają bębenki".

Występy The New Orleans Jazz Band to coś przeciwnego. Muzycy ubrani jak bohaterowie starych filmów Allena, toczący intelektualne spory w kawiarniach na Manhattanie - w jasnych koszulach, sztruksach, klasycznych mokasynach - nie chcą zaskakiwać. Można sobie wyobrazić, że to nie występ popularnego reżysera i jego przyjaciół, ale nieznanego zespołu grającego tylko w małych klubach. Gdyby nie reakcje publiczności, która ostatnie bilety do Sali Kongresowej kupowała po 700 złotych od koników.