Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Najlepsze filmy wg Woody'ego Allena
www.film.com.pl

Woody Allen: (...) wyrosłem chodząc do kina i uwielbiałem filmy. Ale teraz nie ma już tak naprawdę mojej ulubionej kultury filmowej. To nie jest kultura ludzi, którzy z wypiekami na twarzy czekają na kolejny film Truffauta czy Bergmana. To zjawisko już nie istnieje. Nie ma nowych filmów Felliniego. Faceci, którzy rządzą w branży, to w większości przypadków same smutasy. Pojawiło się kilku doskonałych reżyserów, ale muszą walczyć i zmagać się, by się przebić. Jednak nie ma już tej atmosfery, w której szło się do dobrego kina i na drugi dzień nie rozmawiało o niczym innym, jak tylko o nowym filmie. Niemal wszyscy bohaterowie mojej młodości już się odmeldowali. Nie ma Truffauta. Bergman wciąż żyje, ale to już staruszek (pisane w 2005 r. - przyp. ????.). Nie ma Bunuela ani Kurosawy, Felliniego ani De Siki. Był taki czas, kiedy chciało się pracować i zyskać ich uznanie, stać się jednym z nich. To dopiero były marzenia.


Tak samo jest w teatrze. Nie ma Arthura Millera, Tennessee'ego Williamsa, zniknęła cała magia teatru. Był taki moment w moim życiu, kiedy chciałem pracować w teatrze i zostać jednym z nich, ale nie ma już tego środowiska, którego częścią chciałem zostać. Dobrzy dramatopisarze nie ujawniają się już na scenie. Inna jest struktura ich prezentacji. Wystawiają w jakichś teatrach offbroadwayowskich, a jeśli mają szczęście i sztuka odnosi sukces, przenoszą się na Broadway. Ale o ich sztuce nie robi się automatycznie głośno w całym mieście, nikt nie mówi, że trzeba ją zobaczyć, że jest interesująca i ważna. Tak samo jest z filmem.
Młodsze pokolenia nie są koneserami kina, nie chodzą do kina i nie znają wielkich filmów, a ich pojęcie dobrego filmu również uległo zmianie. Daleki jestem od wszelkich ocen, po prostu ich pojęcie różni się od mojego. Filmy, które lubią, w ogóle mnie nie interesują. Nie twierdzę, że co roku nie pojawia się kilka dobrych filmów, bo się pojawiają, ale, sam wiesz, co roku robi się setki filmów i w tej masie przemyka się kilka dobrych amerykańskich filmów, zwykle niezależnych produkcji, za to o wiele więcej dobrych filmów z Europy i innych krajów - irańskie, chińskie, meksykańskie. I ledwie kilku widzów. Dzwonię do Los Angeles do Keaton i pytam: "Widziałaś to?" A ona mówi, że u niej tego nie ma albo że nie wie, gdzie to grają.

(...)

Kiedy budzę się w nocy, by rozproszyć egzystencjalną panikę, układam w głowie listy. Pomaga mi to czasami zasnąć. Prawie zawsze są to listy filmów - dodaję i przepisuję tytuły, zamieniając jedne na drugie. Mój gust w tym względzie zdaje się być dość nijaki, z wyjątkiem dziedziny komediowej, w której nie mam litości, szczególnie wobec swoich filmów.

Moim zdaniem 15 najlepszych amerykańskich filmów bez wskazania kolejności:
Skarb Sierra Madre (The Treasure of the Sierra Madre), reż. John Huston (1948)
Podwójne ubezpieczenie (Double Indemnity), reż. Billy Wilder (1944)
Jeździec znikąd (Shane), reż. George Stevens (1953)
Ścieżki chwały (Paths of Glory), reż. Stanley Kubrick (1957)
Ojciec chrzestny, cz. II (The Godfather, Part II), reż. Francis Ford Coppola (1974)
Chłopcy z ferajny (Goodfellas), reż. Martin Scorsese (1990)
Obywatel Kane (Citizen Kane), reż. Orson Welles (1941)
Biały żar (White Heat), reż. Raoul Walsh (1949)
Potępieniec (The Informer), reż. John Ford (1935)
Wzgórze (The Hill), reż. Sidney Lumet (1965)
Trzeci człowiek (The Third Man; angielski!), reż. Carol Reed (1949)
Osławiona (Notorious), reż. Alfred Hitchcock (1946)
Cień wątpliwości (Shadow of a Doubt), reż. Alfred Hitchcock (1943)
Tramwaj zwany pożądaniem (A Streetcar Named Desire), reż. Elia Kazan (1951)
Sokół maltański (The Maltese Falcon), reż. John Huston (1941)