Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Woody żegna się z kozetką.
The Washngton Post / film.onet.pl

Woody Allen nie wygląda na faceta, który by często gościł na kozetce u psychoanalityka.


W końcu od 10 lat jest szczęśliwym mężem. Szaleje za swoimi dziećmi. Każdego dnia odbiera je ze szkoły, biega na mechanicznej bieżni, a potem siada za biurkiem i pisze. Niemal każdego wieczora spotyka się na kolacji z przyjaciółmi.

Może zabrzmi to jak świętokradztwo, ale kiedy spotykam się z 72-letnim Woodym Allenem, wydaje mi się stuprocentowo zrównoważonym facetem. Choć przez całą rozmowę siedzi właśnie na kozetce. Może zresztą nigdy nie był tak szalony, jak kazał nam wierzyć jego ekranowy odpowiednik Alvy Singer?

- Oczywiście, że nie jestem - potwierdza reżyser. - Uważam się za niedocenionego aktora, który przez całe życie profesjonalnie grał znerwicowanych ludzi. Nie mogę przecież być znerwicowanym typem, jeśli od tak wielu lat utrzymuję się w tym biznesie i wciąż jestem dość twórczym artystą.

"Dość twórczy" to za mało powiedziane. Allen potrafi mówić niemal bez przerwy przez 40 minut, w tym o swoim 38. filmie w 41-letniej karierze reżyserskiej zatytułowanym "Sen Kasandry". To mroczny obraz w stylu świetnie przyjętego "Wszystko gra" z 2005 roku. Jego akcja również rozgrywa się w Londynie, a bohaterami są dwaj bracia (Ewan McGregor i Colin Farrell), którzy pracują dla bogatego wuja jako zabójcy na zlecenie.

Fani wczesnych komedii Allena z pewnością będą narzekać zarówno na klimat filmu, jak i na miejsce akcji. Ale tamten etap twórczości reżyser ma już za sobą.

Europa? Wybrał ją ze względów praktycznych. Paru bogatych sponsorów zaproponowało mu kręcenie na Starym Kontynencie, a jego żona i dzieci lubią tu spędzać wakacje. Ponure klimaty? Cóż, taka właśnie historia przyszła mu do głowy w tej chwili. Zresztą nie ostatnia. Po Kasandrze zdążył już nakręcić romans w Barcelonie, a wiosną przymierza się do robienia komedii w Nowym Jorku.

- Więc sama rozumiesz, że "Sen Kasandry" to już dla mnie stare dzieje - tłumaczy. - Nie obchodzi mnie, jak ten film zostanie przyjęty. On już jest poza mną. Nie oglądałem go od roku.

To u niego normalna praktyka. Nie widział "Bierz forsę i w nogi" (1969) od 1968 roku, a "Annie Hall" (1977) od 1978 roku. Reżyser twierdzi, że najważniejsze jest to, co przed nami. - Gdyby było inaczej, siedziałbym w domu i zastanawiał się nad każdym filmem po zakończeniu pracy nad nim - mówi. - Tymczasem ja trzy dni po ukończeniu filmu rozpoczynam pisać scenariusz do nowego, ponieważ chcę wypełnić czas w interesujący sposób.

Allen twierdzi, że pisze scenariusze z tych samych powodów, dla których inni zbierają znaczki pocztowe lub majstrują przy swoich łódkach. Każdy musi znaleźć sobie jakiegoś konika. Kilka lat temu poświęcił mnóstwo czasu na pisanie powieści. Kiedy ją skończył, pokazał ją kilkorgu znajomym i doszedł do wniosku, że nie jest wystarczająco dobra. - Wyrzuciłem ją do śmieci - wyznaje. - Nie miałem w związku z tym żadnych rozterek. W końcu świetnie się bawiłem, kiedy ją pisałem.

Choć pisze scenariusze i kręci filmy przez siedem dni w tygodniu, twierdzi: - Mam uczucie, że nigdy nie przepracowałem nawet jednego dnia w życiu.

Przez ponad cztery dekady reżyserskiej kariery Allen tworzył dzieła, zaliczające się do jednej z dwóch kategorii: dobre filmy i nie aż tak bardzo dobre filmy. Oczywiście, Allen i jego krytycy różnią się w opiniach, który film należy do której kategorii.

Ale ostatecznie nie jest to dla niego takie ważne. Allen nie czyta recenzji swoich filmów. Nie uczęszcza także na gale, na których przyznaje się nagrody filmowe, ani nie interesuje się zyskami, jakie przynoszą jego obrazy. Nawet publiczność nie stoi najwyżej na liście jego artystycznych priorytetów.

- Lubię, kiedy ktoś zaczepia mnie na ulicy i mówi, że podobał mu się mój film - przyznaje. - Ale nigdy nie ruszyłem palcem, aby zrobić cokolwiek pod gusta publiczności. Przede wszystkim film ma bawić mnie samego.

Taką filozofię przyjął w 1965 roku, po napisaniu swojego pierwszego scenariusza "Co słychać, koteczku". Wyreżyserowany przez kogoś innego film okazał się wielkim hitem i jedną z najpopularniejszych komedii tamtych czasów. Jednak Allen znienawidził film. - Przyrzekłem sobie, że zrobię następny film tylko pod warunkiem, że sam go wyreżyseruję - mówi. Trzy lata później zaoferowano mu milion dolarów na produkcję "Bierz forsę i w nogi".

Od tamtej pory Allen zawsze miał "całkowitą kontrolę artystyczną" nad swoimi filmami, nie tylko pisząc do nich scenariusze i reżyserując je, ale często również w nich występując. - To bardzo ważne, żeby samemu dobrze się bawić. - mówi. - Jeśli dobrze się bawisz, to niezależnie od dalszych losów filmu, ty nigdy nie wyjdziesz stratny z tego interesu.

Wielu krytyków publicznie zadawało pytanie, czy Allen jest w stanie wyprodukować następną "Annie Hall". Zdaniem reżysera, klucz do sukcesu tych pierwszych kilku filmów leżał w ich kameralnej, intymnej atmosferze oraz w fakcie, że udało mu się umieścić na tej samej taśmie filmowej konkretne miejsce, czas oraz pokolenie. Woody Allen BYŁ symbolem nowojorskiego intelektualisty końca lat 70. Jednak reżyser nie jest pewien, czy pójście tą samą drogą przyniosłoby pożądany skutek w roku 2008.

- Czuję, że nie mam właściwego kontaktu ze współczesną kulturą - wyjaśnia. - Ale szczerze mówiąc nie mam ochoty na taki kontakt, ponieważ nie lubię tej kultury. To co dziś się nazywa kulturą, w żaden sposób nie jest w stanie mnie zainspirować.

Allenowi daleko do stwierdzenia, że kolejne pokolenia są coraz głupsze, jednak przyznaje, że coś się zmieniło. Wspomina, że kiedy miał dwadzieścia kilka lat, panował powszechny głód kultury i wyrafinowania, co skłaniało młodych ludzi do zainteresowania zagranicznym kinem i awangardą. Jednak jego zdaniem dzisiejsi dwudziestoparolatkowie są filmowymi analfabetami, których bawi głównie nieskomplikowany humor w stylu "Świata według Bundych".

Reżyser twierdzi, że współczesne kino amerykańskie jest w stanie zaoferować najwyżej "trzy lub cztery dobre filmy rocznie". Reszta serwuje "głupawe, sztampowe, szaletowe, infantylne, banalne dowcipy".

Allen zdaje sobie sprawę, że nadejdzie dzień, w którym zrezygnuje z robienia filmów. Oczywiście, wciąż ma zamiar pisać codziennie, ale będą to raczej sztuki lub artykuły dla "New Yorkera". Może nawet spróbuje napisać kolejną powieść? Ale póki co nie myśli o tym, ponieważ wciąż dostaje propozycje oraz pieniądze na kręcenie kolejnych filmów.

- Najtrudniejsze w tym biznesie jest pozyskanie funduszy na film, więc dopóki zgłaszają się do mnie ludzie, którzy chcą finansować moje produkcje, mówię sobie: Dlaczego nie? Ale jestem pewien, że w końcu nadejdzie taki czas, kiedy widzowie powiedzą: Mamy dość tego faceta. On jest już przegrany - mówi Allen.

Nawet jeśli jego filmy przestaną być atrakcyjne dla publiczności, to Allen i tak pozostanie legendą kina, choć on sam nie postrzega siebie w ten sposób. - Nie sądzę, abym wywarł znaczący wpływ na historię kina - mówi. - Nie uważam również, żebym mógł się równać z naprawdę wielkimi twórcami filmowymi.

Gdzie więc widzi swoje miejsce we współczesnym kinie?

- Gdzie siebie widzę? - zastanawia się. - Widzę siebie jako faceta, który okazał się szczęściarzem ponad wszelką miarę. Zrobiłem ze swojego skromnego talentu możliwie największy użytek, jaki można było zrobić.

Jego życie rodzinne jest znacznie spokojniejsze, niż można by się spodziewać, mając w pamięci atmosferę skandalu, w jakiej rozstawał się ze swoją byłą partnerką Mią Farrow, która znalazła na jego biurku nagie zdjęcia ich wówczas 21-letniej adoptowanej córki Soon-Yi Previn. Obecnie Allen żyje z Soon-Yi Previn i ich dwiema córkami w wieku 7 i 9 lat w spokojnym związku.

- Cieszę się, że spotkałem w końcu osobę, która została moją żoną. Założyliśmy wspólnie rodzinę i od lat stanowimy szczęśliwą parę - mówi Allen, po czym wstaje z kozetki, dając mi do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.