Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Allen, Woody: Budzę się i jestem zabawny.

Marta Strzelecka, gazetawyborcza.pl

W Ameryce ukazał się pierwszy od ponad 25 lat zbiór opowiadań Woody'ego Allena. Większość z nich publikował wcześniej magazyn "The New Yorker". Im bardziej przekonuje, że nie jest postacią ze swoich filmów, tym mocniej go z nią utożsamiamy.


Są w tych opowiadaniach (w sumie osiemnastu) pisarze bez talentu, psychoanalitycy, drobne cwaniaczki, agenci mało zdolnych artystów, aktorzy z problemami i zmysłowe kobiety, które budzą skojarzenia ze Scarlett Johansson. Do tego hipochondria, neuroza, intelektualizm, zagubienie. Miejsce akcji: Nowy Jork. Knajpy na Manhattanie, w których "za 250 dol. człowiek może zjeść jak Ivan Denisovich". Bohaterowie mają rosyjsko albo żydowsko brzmiące nazwiska. Zatem bez zmian. Tylko autor jest starszy.

Kiedy kilka tygodni temu odbierał doktorat honoris causa Uniwersytetu Pompeu Fabra w Barcelonie, powiedział: "Zostałem reżyserem, bo wydawało mi się, że tylko ja mogę wytłumaczyć aktorom, jak powinni wypowiadać napisane przeze mnie słowa".

Allen Stewart Konigsberg z Brooklynu zaczynał od pisania. Jego pierwszą pracą było wymyślanie żartów dla felietonisty "The New York Post". Potem pisał skecze do programu "The Colgate Comedy Hour" stacji NBC. Tworzył dowcipy dla gwiazd amerykańskiej telewizji - Sida Caesara i Eda Sullivana. Pierwszy tekst do "New Yorkera" wysłał w 1966 r. W kinach można było wtedy oglądać "Co słychać, koteczku?" według jego scenariusza, debiutował jako reżyser "What's Up, Tiger Lily?", a na Broadwayu odbyła się premiera jego sztuki. Współpracował z "New Yorkerem" do lat 80. Opowiadania i humorystyczne eseje z tego okresu ukazały się w trzech pierwszych zbiorach jego prozy: "Bez piór", "Wyrównać rachunki" i "Skutki uboczne". Wrócił na łamy magazynu w 2002 r.

Czy po siedemdziesiątce spoważniał? Podczas wywiadów telewizyjnych, z których kilka można obejrzeć w internecie, nie wygłupia się jak 36 lat temu w programie Dicka Cavetta, kiedy przewracał stolik nieporadnymi ruchami i udawał, że jego gra na klarnecie to tylko dowcip. Również dzięki takim występom Allen w kinie i poza nim stał się dla widzów tym samym człowiekiem. Niedawno powiedział "Guardianowi": "Przez całe życie próbowałem przekonywać ludzi, że nie ma wielkiego podobieństwa między mną na ekranie i mną w prawdziwym życiu, ale z jakiegoś powodu nie chcą o tym wiedzieć. Kiedy widzisz komika takiego jak Charlie Chaplin, różnica jest oczywista - zakłada kostium, melonik, przykleja wąsiki i zmienia rolę".

Narrator "Mere Anarchy" pasuje do wizerunku, w który chce wierzyć publiczność. Bez zdziwienia, za to z zaangażowaniem opisuje absurdalne wydarzenia - krawiec z Korei Południowej wynalazł aromatyczny garnitur, książka kucharska napisana przez Nietzschego zostaje odkryta w Heidelbergu, a "New York Times" opublikował artykuł, dzięki któremu może powiedzieć: "Uspokoiłem się, bo świat jest w końcu wytłumaczalny. Zaczynałem myśleć, że to ze mną coś nie tak".

Allen powtarza swoje żarty sprzed lat, ale robi to jak doskonały gawędziarz. Z jego nowych tekstów, fragmentów wywiadów, publicznych wystąpień i starych scenariuszy można ułożyć jedną historię. "Ponieważ wszechświat się rozszerza, szukanie szlafroka zajęło mi dziś rano więcej czasu niż zwykle" - pisze w "Mere Anarchy". To zdanie pasuje do młodego Alvy'ego z "Annie Hall". Wpadł w depresję, kiedy przeczytał, że wszechświat zmierza do eksplozji. "Pewnego dnia rozleci się i to będzie koniec wszystkiego" - mówi. Jego matka na to: "Co wszechświat ma wspólnego z twoim życiem? Tu jest Brooklyn. Brooklyn nie zmierza do eksplozji". Alvy mógłby być bohaterem satyry z "Mere Anarchy" o tragicznych skutkach nieprzyjęcia dziecka do renomowanego przedszkola, a jego terapeuta - lekarzem z innego opowiadania, który zamiast finansowego wynagrodzenia za wizyty akceptuje prawa autorskie piosenek.

A co robi Allen, kiedy jedyny raz pojawia się na ceremonii rozdania Oscarów? Opowiada anegdotę. Mimo że powód jego obecności jest poważny - w 2002 r. zapowiada film o Nowym Jorku zrealizowany dla uczczenia wydarzeń z 11 września. Ale o tym mówi niewiele. Podchodzi do mikrofonu, drapie się po głowie, poprawia okulary i opowiada: "Siedzę w moim apartamencie, dzwoni telefon i słyszę głos po drugiej stronie: >>Dzień dobry, tu Akademia Filmowa.<< Spanikowałem. Pomyślałem, że chcą mi odebrać Oscary. Ale nie. To o co chodzi? Mój najnowszy film nie jest przecież nominowany w żadnej kategorii. Może dzwonią, żeby przeprosić? Też nie. Przypomniało mi się, że niedawno na Piątej Alei podszedł do mnie bezdomny i zapytał, czy kupiłbym mu obiad. Dałem mu 50 centów. Pomyślałem: Może ktoś z Akademii był świadkiem tej sytuacji i zamierzają nagrodzić mnie za dobroczynność? Nie. W końcu powiedziałem: >>Przecież możecie wybrać co najmniej kilku lepszych ode mnie reżyserów. Martin Scorsese, Mike Nichols, Spike Lee... To są faceci bardziej utalentowani i inteligentni, klasycy kina.<< Powiedzieli: >>Tak, ale oni byli niedostępni.<<"

Według takiego schematu zbudowana jest większość historii w "Mere Anarchy": zaskakujące skojarzenia, próba znalezienia w nich logiki i na koniec znów zaskoczenie.

Niezależnie jak bardzo przekonuje, że nie jest bohaterem, którego stworzył - innego nie znamy. Czytając jego teksty, trudno nie myśleć o nerwowej gestykulacji, jąkaniu się i roztargnionych spojrzeniach. Anegdoty ze swoich opowiadań może przecież sprzedawać znajomym podczas kolacji na Manhattanie, w mieszkaniach nowojorskich inteligentów, które znamy z jego filmów.

Skarbnicą takich historyjek może być tekst "Tako jada Zaratustra". Nie szkodzi, że kilkanaście lat temu Allen napisał też "Książkę kucharską Jeana-Paula Sartre'a" - pomysł się sprawdza. Do albumu z przepisami Nietzschego wpisuje się Kant: "Zamawiaj, jakbyś zamawiał dla każdej istoty ludzkiej na ziemi". Ujawniona zostaje historyczna tajemnica: "Podobno Göring był o sekundę od zjedzenia białych trufli, kiedy wiadomość o samobójstwie Hitlera zepsuła mu posiłek". Przez książkę przewija się bufet z białymi rybami, wędzonymi śledziami i kurczakami. Te ostatnie spełniają szczególną rolę: "Złe czasy na bycie Żydem prawie zawsze były. Podobnie - na bycie kurczakiem".

W kwestii komicznych tekstów wzorem dla Allena jest S.J. Perelman. Jego pełne ironii i dziwacznego humoru felietony, eseje, reportaże z podróży od połowy lat 30. ukazywały się w "The New Yorkerze". Wiedział o tym Allen, wysyłając tam swoje pierwsze opowiadania. Wśród autorów pisma byli już wtedy Hannah Arendt i Truman Capote. Twórca "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie" i "Strzałów na Broadwayu" przyznaje dziś w wywiadach, że chciałby mieć talent do poważnych tematów. A został mistrzem humorystycznego egzystencjalizmu dla mas.

Zapytany przez dziennikarza "Guardiana", czy nie boi się, że pewnego dnia przestanie być zabawny, mówił: "Nie, budzę się i jestem zabawny. Wychodzę z łóżka i mogę pisać. Praca nad moimi tekstami przy odrobinie talentu to naprawdę nic wielkiego. Nie jestem Szekspirem ani Czechowem. Nie mam pomysłów, które zmienią historię literatury. Ale dzięki nim wiodę całkiem przyjemne życie".

A do tego są też wystarczająco dobre, by nawet powtarzane w nieskończoność wciąż śmieszyły.


Mere Anarchy
Woody Allen
Random House, Nowy Jork