Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Droga Allena.
Tirno, film.onet.pl

Droga, jaką przeszedł Woody Allen od wczesnych swoich obrazów, aż do dnia dzisiejszego, jest może nawet ciekawsza, niż same filmy. Z mojego bardzo osobistego punktu widzenia, Allen ewoluował od symbolu tandetnej, amerykańskiej, neurotycznej, skupionej na własnej seksualności i antyklasycznej kultury w stronę klasycznego niemal stonowania, dystansu, żalu, rozpłynięcia tego, co własne i indywidualne w tym, co wspólne w obszarze myśli, wrażeń, skojarzeń, tęsknot i kulturowej tradycji. Stał się niemal klasykiem, nie dlatego wcale, że - jako twórca wybitny - wywalczył prawo do klasycznej etykiety dla swojego własnego stylu - to oczywiście również się stało, ale w momencie, gdy do tego doszło, nowojorczyk wszedł na drogę rozcieńczania tego indywidualnego, skrajnego egocentryzmu w nurcie tradycji - dalszej i bliższej. Zapewne można się domyślać, lepiej lub gorzej, dlaczego to zrobił i spekulować, czy to dobrze czy źle i czy to jego filmy się tak zmieniły, czy jego publiczność czy on sam wreszcie - jeśli miałbym wybierać koniecznie jedną odpowiedź, to stawiałbym na to, że powody są równie prozaiczne, jak wielokrotnie opisywane przez Allena motywacje, to znaczy, że u źródeł tej zmiany leży głównie lęk, próżność i wygoda - lęk przed zapomnieniem i przemijaniem już pośmiertnym także, chęć podbudowania własnej próżności w konfrontacji z wielkimi postaciami literatury i filmu, które już odeszły, wreszcie próba w miarę łatwego utrzymania kontaktu z publicznością, której minęła ochota na agresywne wyśmiewanie własnych i cudzych neuroz.

Zawsze wolałem najpierw tylko te postacie w filmach Allena, których nie odtwarzał ani on sam, ani jedna z jego obecnych lub byłych żon (w pierwszym okresie jego twórczości można było odnieść wrażenie, że wcale nie ma innych postaci w jego filmach), a potem wreszcie całe filmy, w których w ogóle nie wystąpił.

"Wszystko gra" stanowi w gruncie rzeczy zwieńczenie tego nurtu, jeśli nie końcowy port w tej podróży, to na pewno jakąś przystań, miejsce przeładunku i wytchnienia. Gdyby nie charakterystyczne napisy początkowe i końcowe, sposób, w jaki muzyka ilustruje obraz (tym razem jest to muzyka operowa, w starych, archiwalnych nagraniach - zresztą operuje Allen tą operową muzyką z fantastyczną wirtuozerią), można by z powodzeniem założyć, że film wyszedł spod ręki dowolnego innego twórcy współczesnego kina.

W tym filmie, jak w żadnym innym, Allen rezygnuje z własnej indywidualności, charakteru, nawet najbardziej typowego dla siebie dialogu i pod tym względem jest to dzieło całkowicie niezwykłe - może właśnie dlatego tak bardzo interesujące. Gdyby Woody Allen był postacią z powieści, być może autor bawiłby się przez większą jej część taką ukrytą sugestią, że słynny reżyser zlecił napisanie scenariusza jakiemuś "ghost writerowi" - pragnąc wyłonić z siebie dzieło klasyczne w formie i treści, którego wyłonić z siebie nie umiał. Ale oczywiście znacznie bardziej interesująca jest ta opcja, w której film jest jego autorskim dokonaniem i trudno nie podziwiać konsekwentnej dyscypliny wewnętrznej, z jaką udało mu się ukształtować wizję tak odmienną od wszystkiego, co dotąd stworzył. Równocześnie ten zabieg ma sens, cel i treść wyłącznie w opozycji do wszystkich filmów poprzednich - odczytywany bez nich, bez tego bagażu, cienia i zaplecza znaczeń, bez pustego fotela po tym, czego w tym filmie nie ma, straci wiele ze swojej magii, która jest niewątpliwa i skuteczna. Tak już czasami bywa i to jest pewien przywilej mistrzostwa, że można pozwolić sobie na prostotę i pewną naiwność, która przeciętnemu lub początkującemu twórcy nie uszłaby na sucho. Zresztą prostota i naiwność zawsze była najgroźniejszym, ale i najbardziej wstrząsającym instrumentem w rękach artysty - trochę też na tym polega sekret sztuki, że jednym się proste i naiwne konstrukcje wybijają na niebotyczne wyżyny, a innym nie. Trochę tak, jak z najważniejszym obrazem, głównym motywem filmu: czasami piłka tenisowa uderzająca w taśmę przelatuje na drugą stronę kortu, a czasem nie - i do samego końca nie da się tego przewidzieć, ani nie da się rozpoznać przyczyn, dla których tak się dzieje...

Film można odbierać w wielu warstwach, co niekoniecznie znaczy, że nadaje się do wielokrotnego oglądania - to zdecydowanie nie jest "Powiększenie". Z pewnością stanowi konstrukcję pięknie przemyślaną i wielowątkową, czerpiącą w pełen dobrego smaku sposób z wielu klasycznych tradycji, od tragedii greckiej, przez Szekspira, wielką literaturę dziewiętnastego wieku, Dostojewskiego, poprzez tragiczną schematyczność i schematyczny, ale jednak wciąż poruszający tragizm opery, aż do najlepszych nurtów kina (w rozpiętości od Bergmana do Hitchcocka). Jednak ta szkatułkowość czy wielowarstwowość sprawia wrażenie w pełni otwartej, jakby ktoś pootwierał wszystkie schowki, porozkładał wszystkie klocki na stole i oświetlił je pełnym filmowym światłem. Nie jest to więc strawa zbyt wymagająca - w tym sensie mamy wciąż do czynienia z komedią, mimo pozornie poważnych (i istotnie poważnych) zdarzeń czy wątków. Dwie godziny przyjemnego stymulowania tego, co każdy z nas nosi w czaszce - niewątpliwie uroda obrazu polega również na tym, że jest w stanie stymulować szerokie spektrum ludzkich zapotrzebowań, od najprostszych do w miarę wyrafinowanych, układając je równocześnie na taśmie fabularnego kleju, który sprawia, że widz potrafi zaglądnąć za następny i jeszcze następny róg ulicy, ale już zupełnie nie jest w stanie przewidzieć, co się otworzy za kolejnym i czy piłka spadnie na tę stronę siatki czy na tamtą...

Rozpacz, która jest w ludziach, nie mogących zrozumieć dlaczego sami przegrali wszystko, choć przez moment wszystko mogło się też dobrze ułożyć, niewątpliwie harmonizuje z tą najgłębszą, najbardziej tragiczną, ale równocześnie najbliższą demaskacji i złośliwego chichotu warstwą. Proporcja między oczywistą rozrywką, a balansującą na krawędzi parodii, pozwalającą w każdej chwili wziąć samą siebie w cudzysłów konwencji czy inteligentnego żartu - powagą, jest rzeczywiście mistrzowska. Ze dwie, trzy sceny pozostają w pamięci, to na pewno. Aktorzy świetni. Jak zwykle u Allena, znacznie mniej w tym filmie estetyzowania obrazu środkami czysto filmowymi - plany są proste, montaż również, ale wynika z tego jakaś głęboka elegancja. Brytyjska arystokracja zaszła przez wieki ćwiczeń niewątpliwie najdalej na drodze do sublimowania nieróbstwa i otaczania estetycznym murem własnej wygody, lęku i samotności - więc to się też po prostu przyjemnie ogląda, bez względu na to, czy chodzi o mecz tenisa, wystrój wnętrz, stajnie, wiejskie posiadłości, muzea czy porcelanę...

Ze smutkiem polecam.