Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Pani Bovary i kulawy Lear.

Na czym polega różnica między komedią i tragedią? Gdzie kończy się farsa, a zaczyna egzystencjalny dramat? Czy doświadczając na każdym kroku ludzkich tragedii można zdobyć się na ironiczny dystans wobec powagi życia?

Elegancka restauracja przy jednej z nowojorskich ulic. Przy stoliku czwórka intelektualistów rozprawia na temat wyższości tragedii nad komedią (i odwrotnie). Dwaj mężczyźni - jeden niski, łysawy, o komicznych rysach, drugi wyższy, czterdziestokilkuletni szatyn - to pisarze, tyle że jeden jest autorem komedii, drugi - dramatów. Snując swoje teorie, zaczynają opowiadać historię Melindy, trzydziestoletniej kobiety, która po długiej nieobecności bez uprzedzenia składa wizytę nieco snobistycznym znajomym. Wspólny jest początek, później opowieści się rozchodzą. W wariancie komicznym losy Melindy służą za pretekst dla stworzenia komedii romantycznej, w tragicznym - jako osnowa dramatu psychologiczno-obyczajowego.

Melinda widziana oczami komika jest ekscentryczką, która niewłaściwie wybiera obiekty miłosnych westchnień. Zamiast kierować się rozumem, ulega porywom serca. Serca niewinnego, bowiem jak na bohaterkę romantycznej komedii przystało, jest idealistką wierzącą w miłość i dobro. Jej historia jest więc zbiorem nakładających się na siebie nieporozumień i towarzyskich pomyłek.

Inaczej wygląda los Melindy układany przez tragika. W jego opowieści to neurotyczka obciążona balastem traumatycznych doświadczeń: porzucona przez męża, pozbawiona praw do wychowywania dzieci, winna zabójstwa niewiernego kochanka. Melinda w wersji tragicznej naznaczona jest piętnem fatum, na karb którego złożyć trzeba odpowiedzialność za jej kompleksy i miłosne niepowodzenia.

Prowadzone równolegle wizje splatają się w sposób nierozerwalny. Już po kilku minutach, po kilku montażowych cięciach z trudem rozróżniamy wersję komiczną od tragicznej. Właśnie na tym opiera się koncept Allena. Melancholijne i przygnębiające dialogi padają z ust obydwu wcieleń Melindy, obie bywają śmieszne i rozkosznie roztargnione; nie sposób odróżnić tego, co poważne, i tego, co żartobliwe. Bo jak w każdej tragedii tkwi pierwiastek komiczny, tak każda komedia podszyta jest dramatem.

W "Melindzie..." powracają problemy charakterystyczne dla filmów Allena. Nietrwałość międzyludzkich związków, ulotna miłość i niemożliwa do osiągnięcia emocjonalna stabilizacja również tutaj ukazane są z przymrużeniem oka. Jednak drugie dno opowieści to całkiem poważne miłosne dramaty i bolesne zdrady. Kreująca tytułową postać Radha Mitchell zaciera różnice między Melindą zabawną i poważną, wykazując spory kunszt aktorski.

Kluczem interpretacyjnym do opowieści staje się optyka jej postrzegania. Bowiem w rzeczywistości to my nadajemy komedii jej gatunkowy rys, tragedię zaś napełniamy cierpieniem i rozpaczą - mówi Allen. Prawda, którą przekazuje, nie jest może szczególnie odkrywcza, a jej ilustracja wydaje się nieco natrętna, ale reżyser pozwala tej historii opowiadać się samodzielnie. Jego obecność jest jakby ukryta, nie czuć tu reżyserskiego drylu.

Skrzące się absurdalnym dowcipem dialogi w sposób naturalny popychają fabułę; zabawy cytatami i kulturowymi zapożyczeniami otwierają pole dla Allenowskiego humoru. Melinda jawi się więc jako współczesna pani Bovary, która znudzona życiem u boku męża-lekarza wdaje się w romans z fotoreporterem (jego hiszpańsko brzmiące nazwisko przywodzi na myśl Don Juana). Przyjaciel Melindy Hobie to bezrobotny aktor żyjący wspomnieniem swej studenckiej roli kulejącego Króla Leara. Jest także i Susan, swatana z nim republikanka, która w niedawnej przeszłości jako "naga konserwatystka" zaszczyciła swym wizerunkiem rozkładówkę "Playboya".

Nie brak tu ironii i sarkastycznego uśmiechu, choć zaprawionego smutkiem. Allen mówi bowiem, że ukazana przez niego zabawa jest w gruncie rzeczy bardzo poważna. Podstawą jest znalezienie w sobie dystansu wobec sztywno rozumianej powagi życia. Zresztą nie tylko życia - w końcowej scenie filmu Max i Sy, pisarze z manhattańskiej knajpki, rozmawiając o pogrzebie znajomego, zastanawiają się, czy nawet wobec śmierci nie można pokusić się o ironię. Bo "czyż życie nie może być zabawne, nawet gdy kardiologia zawodzi?" - pyta Allen ustami swego bohatera. W końcu "śmiech to jedyny sposób, by oswoić lęk przed śmiercią".

Zwłaszcza jeśli śmiejemy się wraz ze starym mistrzem, który po zdecydowanie słabszym "Końcu z Hollywood" i przyjętym z mieszanymi uczuciami "Życiem i całą resztą" powraca w dobrym stylu. Błyskotliwy seans zbiorowej psychoanalizy - od lat serwowany przez Allena - w "Melindzie i Melindzie" wskazuje na umowność podziału na tragiczność i komizm, żart i powagę. Tak w sztuce, jak i w życiu.