Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Melinda i Melinda.
Paweł T. Felis, Kino

Modne stało się ostatnio powtarzanie opinii, że Woody Allen obniża loty, realizuje w corocznym rytmie mało znaczące obrazy i broni się jedynie nazwiskiem. Tymczasem "Melinda i Melinda" udowadnia ponownie, jak fałszywe to przekonanie. Nie chodzi jedynie o to, że mimo bezsprzecznie słabszego "Końca z Hollywood" w ostatnich latach twórca "Zeliga" zrealizował przecież świetne "Życie i całą resztę" czy też zaskakująco wieloznaczną, błyskotliwą i zbyt powierzchownie odczytaną przez recenzentów "Klątwę skorpiona". Co ważniejsze, Allen nie próbuje się ścigać sam z sobą i dokonywać artystyczno-tematycznych wolt (jak pozorne są u niego tego rodzaju zmiany, widać zwłaszcza w "Życiu i całej reszcie"). Przeciwnie - reżyser "Manhattanu" wciąż kreuje podobny typ bohaterów, powraca do stałych Allenowskich motywów i realizując filmy świadomie "staroświeckie", nieustannie konwencjami beztrosko się bawi.

Już pierwsza scena "Melindy i Melindy" ujawnia charakterystyczny cudzysłów - przy stoliku w eleganckiej nowojorskiej restauracji czworo intelektualistów rozprawia nieco naukowym językiem o życiu, które jest jak "bańka mydlana" i o różnicach oraz związkach między komedią a tragedią. Gdy jeden z bohaterów przywołuje anegdotę o tytułowej Melindzie, która bez uprzedzenia zjawia się w domu dawnych przyjaciół podczas snobistycznego przyjęcia, dwaj pisarze - komik i tragik - zaczynają snuć na jej temat własne wariacje.

Pełną perypetii historię porzuconej przez męża Melindy (w jednej z wersji mąż-lekarz pozbawia ją prawa do widywania dzieci, bo bohaterka, znudzona życiem niczym Emma Bovary, zaangażowała się w romans z przystojnym fotoreporterem, który szybko zostawił ją dla byłej wicemiss świata) obaj widzą bardzo różnie. Komik znajduje w niej świetny materiał na komedię romantyczną o wrażliwej i idealistycznie nastawionej do świata kobiecie, która zakochuje się zawsze w niewłaściwych mężczyznach, nie boi się przyznać do seksualnego temperamentu i kieruje w życiu emocjami zastępującymi rozsądek. Tragik patrzy na Melindę inaczej - jak na neurotyczkę nieustannie wpadającą w depresję, zakompleksioną i zagubioną w świecie, którym rządzi niemożliwe do okiełznania fatum. Widz zaś ogląda na ekranie dwie równoległe historie (poza tytułową bohaterką, którą znakomicie gra chwilami groteskowo-karykaturalna, chwilami bezpretensjonalnie uwodzicielska Radha Mitchell, w obu wersjach występują inni aktorzy), ale szybko gubi się, bo nie wie już, która z historii miała być "na serio", a która "na wesoło": obie są w podobny sposób zabawne i melancholijne zarazem.

Nieprzypadkowo. Konsekwentnie powracający do autotematycznych wątków Woody Allen, którego filmy zwykło dzielić się na "komiczne" i te "na serio", w "Melindzie i Melindzie" ten podział anuluje i potwierdza, że najlepiej czuje się zawsze "pomiędzy" - komedią a tragedią, błazeństwem a konfesją, realizmem a marzeniem, psychologiczną prawdą a filmową iluzją. Kino jest dla niego wieczną zabawą, filmowy świat - rzeczywistością boleśnie autentyczną i zarazem umowną. Wiemy przecież od początku, że historia Melindy jest fikcją wymyślaną na gorąco przy kawiarnianym stoliku przez dwóch pisarzy, którzy bawią się snuciem opowieści. Ale czy zabawa ta nie jest śmiertelnie poważna?

Z gęsto zaludnionego świata "Melindy i Melindy" śmiejemy się, ale śmiech to dyskretny, zduszony, w istocie - melancholijny. Jak zawsze u Allena, związki okazują się bowiem krótkotrwałe i iluzoryczne, żony i mężowie zdradzają się albo wzdychają do innych (nie do tych jednak, którzy wzdychają do nich), a nawet tam, gdzie panuje pozorne szczęście, jest tylko obojętna zgoda (spodziewający się trzeciego dziecka Peter na pytanie "jak to jest spać z kobietą w ciąży" - odpowiada: "a spałeś kiedyś z grubaską?"). To nie cynizm bohaterów, ale żywioł namiętności i uczuć, którego nie da się kontrolować, więc happy end (w "Melindzie i Melindzie" jawnie ironiczny) zawsze okazuje się tymczasowy.

Nie tylko zresztą uczuciowo-zmysłowe tęsknoty, ale i zawodowe ambicje pozostają wiecznie niespełnione - zdolna pianistka Laurel (Chloe Sevigny) gra tylko amatorsko, a aktor Hobie (Will Ferrell), który ma zresztą najwięcej cech znerwicowanego i nieobecnego fizycznie na ekranie reżysera, występuje w reklamówce jako głos... pasty do zębów. Czy nie na tym właśnie polega podstawowa cecha filmów Allena, który swoimi niby-błahymi historiami wprawia się nieustannie do arcydzieła, którego nigdy nie nakręci?

Zrealizowaną głównie we wnętrzach, klasycznie filmowaną i doprawioną jazzowymi standardami "Melindę i Melindę" ogląda się wybornie, choć reżyserski uwodziciel od początku nie ukrywa, że błyskotliwość i komediowy ton także i tym razem układają się w opowieść w gruncie rzeczy gorzką i mroczną. Błazeństwo Woody'ego Allena zawsze było zresztą dla bohaterów ubranych w neurotyczne fobie maską lęku przed przemijaniem. Jeśli więc blisko 80-letni dziś reżyser ustami bohatera-pisarza mówi o swojej bohaterce: "Jest przygnębiona, zdesperowana, na granicy samobójstwa - mamy więc wszystko, czego potrzebujemy w komedii", to jedynie po to, by na koniec zdjąć maskę i dodać: "Śmiech to jedyny sposób, by oswoić lęk przed śmiercią".