Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Zwykły, czyli niezwykły Allen.
Jacek Szczerba, gazeta.pl

"Melinda i Melinda" Woody Allena od piątku w kinach. Allen się powtarza. Ale czy gdyby tego nie robił, wciąż byłby Allenem, którego uwielbiamy? Zresztą, nie ma co narzekać - nadal trzyma niezłą formę.

Co dzieje się w tym filmie? Jeden z uczestników czteroosobowej kolacji w nowojorskiej knajpce opowiada o pewnej Melindzie (gra ją Radha Mitchell), która, wkroczywszy niezapowiedziana na przyjęcie do znajomych, wywołuje tam spore zamieszanie. Przysłuchujący się tej historii dwaj autorzy sceniczni - jeden od komedii, drugi od dramatów - postanawiają pociągnąć dzieje Melindy dalej, każdy po swojemu. Obie, prowadzone równolegle wersje (grają w nich różni aktorzy poza tą samą Melindą), w miarę rozwoju tracą oczywiście swój jednoznaczny charakter - dramat staje się śmieszny, komedia poważnieje.

Życie i cała reszta

Czy to odkrywcza konstatacja? Ani trochę. Ale czy Woody Allen jest w ogóle od tego, żeby mówić nam o nas jakieś strasznie ważne rzeczy? Chyba też nie. Materią Allena jest przecież banał życia, tyle że specyficznie ujęty - tym jego bystrym oczkiem i ciętym językiem. Allen ma dar paradoksu, prowokuje do zastanowienia się nad czymś, co zwykliśmy przyjmować za oczywistość.

Pole obserwacji jest w "Melindzie..." to samo co zawsze: środowisko artystów (głównie niespełnionych), mieszczuchów (przeważnie nabzdyczonych) i snobów (vide dziko bogaci dentyści). Allen to prześmiewczy portrecista: portretuje lęki (zbyt idiotyczne, by mówić o nich głośno) i pragnienia (zbyt banalne, by przyznawać się do nich nawet przed sobą), wstydliwe obsesje (w "Melindzie..." jest nią seks z kobietą w ciąży) i żałosne pretensje (Melinda plecie coś o swych francuskich korzeniach).

Co godne szacunku, nie boi się najtandetniejszych filmowych chwytów. W "Melindzie..." mężczyzna podsłuchuje pod drzwiami ukochanej, gdy drzwi się zatrzaskują, nie może wyrwać z nich szlafroka. Będzie musiał go obciąć, by uciec niezauważony. Toż to nieomal slapstick!

Gdyby ktoś inny nakręcił coś takiego, recenzenci zabiliby go śmiechem. Allenowi to uchodzi, i jeszcze scena wygląda zabawnie.

Bananowy czubek

No właśnie, najważniejszy podział filmów Allena wyróżnia te z jego udziałem i te bez niego.

Bo też kwintesencją stylu Allena jest sam Allen: jego nieudacznictwo idące w parze z atakami megalomanii, jego fizyczna nieatrakcyjność, która tylko wzmaga w nim pęd, by zdobyć to, czego pragnie. Na pragnieniu się zresztą zwykle kończy, ale też wychodzi na jaw, czy naprawdę było czego pragnąć.

Co do figury, jaką wykreował, to Allen jest trochę takim neurotycznym Chaplinem.

Bywało, że Allen szukał dla siebie zastępcy. Do "Celebrity" (1998) wziął Kennetha Branagha i skończyło się na wysilonych pląsach sztywnego Angola. W "Życiu i całej reszcie" (2003) sięgnął po Jasona Biggsa (gwiazdę "American Pie"), by lepiej skomunikować się z młodymi widzami oraz zobaczyć w nim siebie w młodszym i przystojniejszym wydaniu. Cóż z tego, skoro i tak najlepsze kwestie znów napisał do siebie, w roli mentora Biggsa.

W "Melindzie..." Allen się nie pojawia - "udaje go" Will Ferrell jako nieudany aktor Hobie, który cały klasyczny repertuar zagrał, używając tego samego grepsu - kulejąc. Allen nie przypadkiem zatrudnił gościa znanego głównie z występów estradowych. Sam też tak kiedyś zaczynał.

Czy zabieg się udał? Niby tak, choć kopia zawsze będzie gorsza od oryginału.

Inna kobieta

Co dzieje się, gdy u Allena nie ma Allena? Do głosu dochodzą kobiety, niczym w filmach jego mistrza - Ingmara Bergmana, któremu oddał hołd we "Wnętrzach" (1978).

To feministki bijące rekordy w gadaniu głupstw (patrz reżyserka Amanda Peet), damy, które się zmieniają, i takie, które zmieniają świat dookoła. Do tej ostatniej grupy należy Melinda, do przedostatniej Laurel (Chloe Sevigny) rezygnująca z własnych ambicji muzycznych, by wspierać mało utalentowanego męża aktora (Johnny Lee Miller).

"Kobiecość" Allena jest coraz intensywniejsza - znakomicie przejrzał damskie tęsknoty, to jak się komunikują, jak szukają swego towarzystwa, jak ze sobą rywalizują.

Allen wyraźnie zasmakował w zgłębianiu kobiecości. Ciekawe, dokąd go ono doprowadzi.

Zagraj to jeszcze raz, Woody

Allen to dziś żywy klasyk - pierwszego grudnia stuknie mu siedemdziesiątka. Pracuje jak maszyna - nakręcił już 38 filmów, ten 39. (m.in. z udziałem Scarlett Johansson) będzie się nazywał "Match Point" (2005), i to w zabójczym rytmie: co rok premiera!

Nic dziwnego, że trochę znużył krytykę. Zaczęły się narzekania i tyleż kategoryczne, co nieuzasadnione sądy - a to że "Koniec z Hollywood" (2002) był gorszy, a to że "Życie i cała reszta" było lepsze. No i tęskne westchnienia: że kiedyś to Allen robił filmy - taką "Annie Hall" (1977) czy "Manhattan" (1979)! Tak? Obejrzałem je po latach. Rzeczywiście są dobre. Ale, wbrew pozorom, niewiele różnią się od obecnych. Wtedy były jednak czymś nowym, Allen dopiero formował swój styl.

Trzyma się go do dziś. Owszem, mógłby próbować się zmienić. Ale właściwie po co? Dla poklasku? By być modnym? Lepiej niech po raz 39. pozostanie sobą.

Allen jest jak markowy szampan - zawsze gwarantuje orzeźwiające bąbelki.

"Melinda i Melinda", reż. Woody Allen, USA 2004