Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Regres Woody'ego
Anita Piotrowska, Tygodnik Powszechny

Nie miejmy złudzeń - mówi Allen - kto bodaj raz otarł się o sławę, bezpowrotnie utracił niewinność.

Najnowszy film Woody Allena jest czarno-biały jak "Słodkie życie" Felliniego, do którego bywa dość pochopnie porównywany. Kto we współczesnym kinie używa taśmy monochromatycznej? Przede wszystkim twórcy "niezależni" - Wim Wenders ("Niebo nad Berlinem") czy Jim Jarmusch, proponujący zamiast feerycznych efektów wizualnych wykoncypowane "kino ubogie". Druga grupa to nostalgiczni "styliści" - sam Woody Allen w "Cieniach we mgle" wybornie pastiszował estetykę niemieckiego kina ekspresjonistycznego. Są jeszcze "podrabiani" dokumentaliści, w wydaniu poważnym ("Lista Schindlera") i na żarty ("Człowiek pogryzł psa"). Często jednak zdjęcia czarno-białe bywają kolejnym "efektem specjalnym", nieznośną manierą, którą twórcy usiłują pokryć myślowy bezład - jakby odejmując kolor, przydawali filmowi pożądanej "głębi". Tymczasem "Celebrity" to film czarno-biały w sposób całkowicie bezinteresowny, niemal dla kaprysu - co potwierdza sam reżyser w padającym z ekranu autoironicznym komentarzu. Cały film również wydaje się kaprysem - temat celebrity Woody Allen już z nami wielokrotnie przerabiał, z o wiele większym zaangażowaniem i inwencją. Po co zatem nakręcił ten film?...

"Celebrity" oznacza sławę, popularność, sukces - jeden z najbardziej znamiennych, a zarazem najbardziej absurdalnych fenomenów naszego wieku. "Kto jest bardziej sławny: Chrystus czy Elvis Presley?" - zastanawia się bohater filmu, zamykając w tym prowokacyjnym, lecz jakże znamiennym (a może i retorycznym?) pytaniu model współczesnego świata jako wielkiego targowiska próżności, w którym wszystko może być na sprzedaż, a przysłowiowe 5 minut sławy stać się udziałem każdego. Sława w naszych czasach ma charakter przemysłowy; showbiznes dzieli się na tych, którzy zdobywają popularność i tych, którzy na tej popularności robią świetne interesy. I tak zahukana nauczycielka (Judy Davis) zostaje wylansowana na gwiazdę plotkarskiego "talk show". Jej mąż (Kenneth Brannagh), pisarz-nieudacznik, niestrudzenie "zalicza" kolejne aktoreczki, edytorki, modelki, bezskutecznie usiłując wylansować się sam, by choć na chwilę stanąć w blasku reflektorów. W telewizyjnym studiu można spotkać nie tylko rabina, skinheadów, otyłą nastolatkę, ale także wuja znanego mafiosa czekającego na ekstradycję - wszyscy marzą o sławie. Pokazując tę menażerię, Allen nie oszczędza prawie nikogo - wszyscy nurzają się w tym samym rynsztoku, sprzedając swoje ciała i dusze. Jedyną szansę daje Robin, zdradzanej żonie pisarza, która "rozkwita" pod okiem telewizyjnej kamery i znajduje wreszcie wartościowego partnera. Ale nie miejmy złudzeń - mówi Allen - kto bodaj raz otarł się o sławę, bezpowrotnie utracił niewinność. Poczciwa Robin w pogoni za atrakcyjnym materiałem nakręci wywiad nawet z Charlesem Mansonem, zamkniętym w więzieniu przywódcą sekty, odpowiedzialnym za zamordowanie przed laty Sharon Tate, żony Romana Polańskiego.

Komedia Allena to swego rodzaju odwet: twórca "Manhattanu" znany jest ze swej introwertycznej natury, to człowiek niejako "skazany na sukces", rozpaczliwie zmagający się ze swym publicznym wizerunkiem. Wielokrotnie padał ofiarą własnej celebrity, choć nigdy - jako artysta całkowicie suwerenny i skupiony na swojej pracy - o nią się nie upominał. Od czasu "Annie Hall" (1977) stoi na samym szczycie, choć szczyt bywa czasem dopiero początkiem wspinaczki. W swoich filmach Allen sprzedaje nam siebie: swoje neurozy, obsesje, marzenia, lecz jednocześnie histerycznie broni prywatności, tęskni za odrobiną anonimowości na co dzień. Od 30 lat usiłuje schować się za stworzonymi przez siebie postaciami, nie udaje, że jest jedną z nich - chce po prostu, byśmy dali mu święty spokój. Ironia zawarta w "Celebrity", czasem subtelna, czasem rozpisana na szereg niewyszukanych dowcipasów, jest ironią z bardzo dużego dystansu, ironią nie tyle prześmiewcy, ile człowieka potwornie zmęczonego.

Podkreśleniem tego dystansu jest fakt obsadzenia w głównej roli - skrachowanego pisarza - brytyjskiego aktora i reżysera Kennetha Branagha (wybitnego odtwórcy ról szekspirowskich). Woody Allen, co zdarza się bardzo rzadko, w ogóle się w swoim filmie nie pojawia. Czyżby w ogóle nie odnajdywał się w dekadenckim światku nowojorskich gwiazd? To wycofanie jest raczej gestem brzuchomówcy: udziela Branaghowi "swego" głosu, patrzy jego oczami, odwiedza razem z nim "Elaine's" - swoją ulubioną restaurację, lecz do końca się z nim nie identyfikuje. Jestem jednym z was - mówi Allen - należę do waszego świata, ale dowiedzcie się wreszcie, jak strasznie mnie on mierzi, jak bardzo jestem "ponad". To usilne dystansowanie się nie wychodzi filmowi na dobre: obserwacje tak zwanego środowiska są stereotypowe i powierzchowne (wulgarna Melanie Griffith w roli jeszcze bardziej wulgarnej, mega-gwiazda Leonardo DiCaprio w roli... hedonistycznej mega-gwiazdy), a większość motywów - choć ciągle nieodparcie nas śmieszą - należy do "rekwizytorni" wcześniejszych, znacznie lepszych filmów Allena: "Manhattanu" czy "Alicji". Najbardziej błyskotliwy okazał się Allen nie w kulturowych syntezach (dewiza filmu: "sława demoralizuje", co najmniej zahacza o banał), ale w konstruowaniu mało znaczących epizodów, jak na przykład ten w kinie, kiedy Robin spostrzega na widowni swego męża w towarzystwie nowej kochanki i na oczach zgromadzonych widzów, z wyświetlanym filmem w tle, robi mu typową małżeńską scenę. Albo zjazd absolwentów: bohater ze zdumieniem przypatruje się odmienionym po latach kolegom, konstatując, że przecież on wcale się nie zmienił...

Zatem czy Allen zawiódł nas tym razem? "Celebrity" jest co tu dużo mówić - jednym z jego słabszych filmów. Lecz nazwisko Allena zawsze gwarantuje pewien standard: czy to w prowadzeniu aktorów (plejada gwiazd, z wyrafinowaną Judy Davis na czele), czy w warstwie wizualnej (zdjęcia są dziełem Svena Nykvista, jednego z kilku największych operatorów na świecie, współpracownika Ingmara Bergmana, a od 10 lat bez przerwy - samego Allena), czy pod względem oprawy muzycznej (jak zwykle spora dawka dobrego jazzu). Fani Woody'ego będą czuli się dobrze w wyraźnie rozpoznawalnym świecie jego filmów: jest snobistyczny Nowy Jork, miasto wielkich gwiazd i zakompleksionych intelektualistów, do tego szczypta psychoanalizy, zmieniające się erotyczne konfiguracje i oczywiście sporo śmiechu. Jest nawet, w finale, odrobina melancholii, z którą Allen tak chętnie nas pozostawia. Ale przecież ten sam człowiek nakręcił niespełna 15 lat temu film naprawdę wielki, w dodatku o tym samym, o patologii sławy, o niebezpiecznym zachwianiu jej proporcji. To był "Zelig" - inteligentna metafora zatraty osobowości i mechanizmów kreowania sezonowych bohaterów. "Celebrity" razi przy "Zeligu" doraźnością mechanicznie naszkicowanej satyry. Właściwie jest niczym więcej. W dodatku Allen wbija swoje szpilki tam, gdzie już dawno zostały wbite, choćby przez niego samego. Allen rozpoczynał swą karierę jako twórca satyrycznych rysunków w magazynie "New Yorker". Czyżby jego twórcza inwencja zatoczyła koło? Odnotowując ten przykry regres wypada mieć nadzieję, że nakręci jeszcze kiedyś film na miarę "Zeliga". Bez tej nadziei pozostaje już tylko znieciepliwione pytanie: "po co?".