Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Allenów dwóch
Polityka, NUMER 14/2004 (2443)

"Życie i cała reszta": przejmujący film słynnego nowojorczyka.
Ostatnie filmy Woody'ego Allena rozczarowywały. Najnowsza komedia romantyczna "Życie i cała reszta" przynosi radykalną zmianę.

JANUSZ WRÓBLEWSKI

Tylko bezkrytyczni wielbiciele twórczości znerwicowanego nowojorczyka doszukiwali się w mało zabawnych "Drobnych cwaniaczkach" czy w "Klątwie Skorpiona" subtelnych podtekstów, a widok mocno podstarzałego komika (67 lat) całującego się z podlotkami uznawali za pyszną zabawę. Filmowa obsesja Allena na punkcie młodych dziewcząt - w kontekście procesu o molestowanie własnego dziecka oraz związku z pasierbicą Soon Yi - w istocie budziła bardziej niesmak niż śmiech. Powtarzane zaś na okrągło dowcipy o seksie i śmierci nie odkrywały w zasadzie niczego nowego poza smutną prawdą, że Allen, choć utrzymuje godną podziwu aktywność zawodową, to jako artysta ma do powiedzenia coraz mniej.
Po serii dość błahych filmów, będących antologią wątków i postaci dobrze znanych z dawnych utworów reżysera, Allen objawia się w nowej dla siebie roli, oczywiście w ramach tej samej figury: wyalienowanego intelektualisty z Manhattanu, pytającego o "przeznaczenie człowieka w pustym wszechświecie, bez Boga, bez nadziei". W "Życiu i całej reszcie" staje się mentorem, mędrcem spacerującym po Central Parku, który swoimi radami i zjadliwymi komentarzami stara się wskazać drogę młodszemu o 40 lat pisarzowi.

O scenach, w których Allen spoglądał łakomym wzrokiem na najpiękniejsze aktorki Hollywoodu: Julię Roberts, Mirę Sorvino, Helen Hunt, można tym razem zapomnieć. W nowym wcieleniu Woody-neurotyk jest już tylko gadatliwym nauczycielem ze szkoły publicznej, piszącym satyryczne kawałki do kabaretu; mściwym, zgorzkniałym mizantropem, któremu puszczają nerwy z powodu upokorzeń, jakich doznał od ludzi, w szczególności od byłych żon. Dawid Dobel (tak się nazywa grany przez niego bohater) wyładowuje złość demolując samochody albo strzelając do znienawidzonych osób. Równie ostro poczyna sobie w słowach. "Kobieta, która ma trudny charakter, potem staje się nie do wytrzymania" - ostrzega młodszego kolegę, który nie potrafi uwierzyć, że jest notorycznie zdradzany. Ostatecznie jego krańcową niechęć do płci pięknej wyraża dowcip o onaniście. "Wraz z wiekiem człowiek uczy się polegać tylko na sobie". Oraz powracająca jak mantra przestroga, że "seks daje tylko złudzenie ciągłości".

Mizoginizm Allena to nowa jakość, podobnie jak negatywny stosunek do antysemityzmu. Do tej pory w filmach nowojorskiego komika przeważał coraz dosadniej akcentowany dystans do religii przodków. W "Przejrzeć Harry'ego" świeżo nawrócona na judaizm Demie Moore modliła się przed każdym posiłkiem. Zdejmując majtki swojemu mężowi, nie zapominała nawet o pobłogosławieniu miłości francuskiej. Było to zaledwie preludium do serii niewybrednych dowcipów o Żydach-kanibalach i o oświęcimskich rekordach ludobójstwa, które, jak cynicznie zauważa jedna z allenowskich postaci, są ustanawiane po to, aby je pobić.

Graham McCann, amerykański znawca twórczości Allena, już wiele lat temu zauważył, że zgryźliwe uwagi o Żydach porozrzucane w jego utworach przyniosły mu dziwny epitet Żyda-antysemity. W 1988 r. Allen napisał list do "New York Timesa", krytykując politykę Izraela wobec Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Ceną, jaką płacił za całkowitą niezależność sformułowań, było coraz częściej naruszenie granicy dobrego smaku. W "Życiu i całej reszcie" niemal wszystkie allenowskie dialogi kończą się napomknięciami o Holocauście, a neurotyczne zachowanie Dobela pogłębia się w miarę ujawniania jego lęku przed odradzającym się antysemityzmem. Słysząc, jak goście w kawiarni żartują, że sprawcami wszystkich wojen byli Żydzi, Dobel natychmiast zaczyna przypominać sobie skutki ostatecznego rozwiązania. Wciąż powtarza, że trzeba zachować czujność. W filmie pojawia się nawet jego absurdalnie gorzka uwaga o zbrodniach nazistów, które były tak wielkie, że "gdyby w ramach kary znikła cała ludzkość, ktoś mógłby uznać ją za sprawiedliwą". Drżąc ze strachu przed włamywaczami, gwałcicielami i - jak z rozpędu powiada - przed gestapo, Dobel kupuje sobie szybkostrzelny karabin i podobnie jak Michael Moore w "Zabawach z bronią" uświadamia młodemu przyjacielowi grożące im śmiertelne niebezpieczeństwo. Obaj należą przecież do najbardziej prześladowanej mniejszości w historii. Skalę jego paranoi określa anegdota o policjancie, którego w porywie gniewu rzekomo albo naprawdę zabił, bo nie mógł znieść powiedzenia, że Oświęcim to "wesołe miasteczko".

Zwrot w kierunku obrony tradycji żydowskiej to oczywiste następstwo 11 września i wojny w Iraku, choć, ma się rozumieć, na temat gorących politycznie wydarzeń nie pada w filmie ani jedno słowo. Allen zawsze był nieodrodnym dzieckiem swojej epoki, a jego filmy krytycy traktowali jako swoistą kronikę życia nowojorskiej inteligencji. Jeśli zatem autor "Życia i całej reszty" zmienia front i pokazuje narastającą w głowie bohatera psychozę z powodu zagrożenia antysemityzmem, to pewnie coś musi być na rzeczy. Nowy Jork po apokalipsie stanowi jednak tylko tło dla zupełnie innej opowieści, która toczy się pomiędzy młodym (Biggs) a starym Allenem. Zaskakująca jest bowiem nie tylko metamorfoza postaci stworzonej i granej przez reżysera, ale także podwójna perspektywa, z jakiej patrzy on na samego siebie.

Nie ulega przecież wątpliwości, że Jerry Falk, grany przez dwudziestoparoletniego Jasona Biggsa, to Allen z okresu jego debiutu estradowego, kiedy dopiero nawiązywał współpracę z telewizją i zaczynał chodzić na seanse psychoanalizy. Falk jest w filmie drugim narratorem, wyżalającym się prosto do kamery, który cierpi na większość allenowskich chorób: nie daje sobie rady z własnymi ambicjami (chciałby być pisarzem, a jest tekściarzem), z powodu niewyobrażalnej nieśmiałości ściąga na siebie lawinę nieszczęść, w tym niemrawego agenta, który obskubuje go z pieniędzy. Oraz zadaje się z nieodpowiednimi kobietami, przeważnie niezbyt utalentowanymi aktorkami, które już po pół roku przestają z nim sypiać, bo - jak twierdzi jedna z nich (Christina Ricci) - za bardzo zaczyna przypominać jej ojca.

Biggs nawet nie stara się udawać, że naśladuje kogoś innego. Przejmuje gesty komika, na jego twarzy od początku rysuje się dobrze znany wyraz błogiego zaskoczenia i kompletnej bezradności wobec uwodzicielskiego sprytu kobiet, które czarują - jak we wczesnych filmach Allena - znajomością dramatów Sartre'a i O'Neilla, zachwycają się wielkomiejskim stylem Humphrey'a Bogarta oraz melancholijnym brzmieniem piosenek Billie Holiday i Cole'a Portera. A potem beztrosko zdradzają, tłumacząc słodko, że muszą "spełniać się w życiu, zanim będzie za późno". Na marginesie warto dodać, że Biggs wypada lepiej niż Kenneth Branagh w "Celebrity" i John Cusack w "Strzałach na Broadwayu", którzy także grali prawdziwego Allena. Jego wystraszona mina oraz brak aktorskiej maniery czynią go w tej roli bardziej przekonującym.

Chociaż akcja "Życia i całej reszty" dzieje się tu i teraz, na początku XXI w., wszystko co dotyczy zachowań, gustów, mody, obyczajowości młodych bohaterów odnosi się do lat 50., tworząc zabawny kontrapunkt. Nikt przecież nie uwierzy, że współczesna młodzież nie wie, czym są narkotyki, że przepada za Dostojewskim i słucha winylowych płyt! Zderzenie tych dwóch światów, a także odmiennych charakterów i postaw w ramach jednej tylko biografii jest zabiegiem w gruncie rzeczy niesłychanie smutnym, prowadzi bowiem do odrzucenia złudzeń i do przyjrzenia się rzeczywistości w czasie dokonanym.

Zarówno stary jak i młody Allen są postaciami tragicznymi. Dobel dlatego, że wszystko wie, bo wszystko w życiu przegrał. Jego mądrość podszyta jest rozpaczą. Natomiast Falk traci to, co kocha, bo brakuje mu woli walki i doświadczenia. Nie umie rozpoznać właściwej drogi nawet wtedy, kiedy słyszy dobre rady od swego alter ego. Ani jeden, ani drugi - poza współczuciem - nie mogą sobie pomóc ani niczego ofiarować. Są jak marionetki w rękach anonimowych sił, które targają nimi na różne strony, a im się wydaje, że gonią za istniejącym sensem. Dlatego Dobel żegnając się z Falkiem zdobywa się tylko na krótkie surrealistyczne wyznanie. "W życiu spotkasz wielu ludzi, którzy będą ci mówić, jak żyć. Będą wiedzieli, co powinieneś zrobić, a czego nie. Nie kłóć się z nimi. Mów: Tak, to świetny pomysł. I rób co chcesz".

W filmie Allena zwycięża chaos. Albo przypadek, co na jedno wychodzi. Spoglądając na siebie sprzed 40 lat Allen widzi człowieka miękkiego, któremu zasady wyniesione z domu i z przeczytanych lektur uniemożliwiają poruszanie się w świecie. Natomiast z perspektywy młodzieńca jego późniejszy los - który symbolizuje Dobel i o którym widzowie wiedzą wszystko z kilkudziesięciu nakręconych przez Allena filmów - to koszmar. W ten sposób zamyka się krąg. Życie okazuje się pułapką. O czym będzie następny film Allena?