Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Koniec z Hollywood
Izabela Paja  www.proarte.net.pl

Kłopot z filmami starych mistrzów mają przede wszystkim ich wielbiciele. Publiczność kochająca twórcę oprócz tego, że kocha, także wymaga i oczekuje (dobrego filmu). Czasem także wybacza, chyba że... zobaczy najnowszy film Woody'ego Allena "Koniec z Hollywood". Po tym filmie postanowiłam, że na następne będę czekać do momentu dystrybucji na kasetach wideo, by nie przeżywać zażenowania, a przede wszystkim z nudy, która w kinie jest wyjątkowo dotkliwa i nie do zniesienia. Bo jeżeli to naprawdę koniec, to nie jest to godne pożegnanie.

Fabuła filmu jak zwykle pomysłowa: zepchnięty do rangi realizatora reklamówek telewizyjnych, niegdyś popularny reżyser, zdobywca Oscara (w tej roli Woody Allen), dostaje propozycję zrobienia filmu, który, być może, odbuduje jego dawną pozycję. Niestety już w trakcie zdjęć próbnych traci wzrok, ale wiedząc, że ten film to jego ostatnia szansa, ukrywa ten fakt przed producentem i z pomocą menadżera, byłej żony (Tea Leoni) i chińskiego tłumacza realizuje go jako ślepiec. Do tej pory myślałam, że Allen zrobiłby ciekawy film nawet o plewieniu ogródka, ale tu, mając błyskotliwy pomysł, nie wychodzi poza ograne dowcipy, maltretowanie siebie i zadręczanie wszystkich swoimi problemami i strachem przed światem.

Po pierwsze film nie śmieszy (choć posługuje się allenowskim poczuciem humoru, czyli intelektualnymi żartami i słownymi kalamburami), nagromadzenie żartów (jak zwykle dotyczących żydowskiego pochodzenia reżysera) porównywalne jest z ich stężeniem w komediowych sitcomach, gdzie regularna częstotliwość ich wypowiadania jest wymogiem gatunkowym i w ciągu 25 minut trwania odcinka nie nuży i nie drażni tak bardzo. Zarzut drugi również dotyczy wiarygodności. Potykający się o meble niewidomy Allen, wychudzony, w za dużych, niemodnych ubraniach, o szarej twarzy, któremu do łóżka pakuje się piękna aktorka, a była żona zakochuje się w nim na nowo, wzbudza raczej litość niż śmiech.

Kiedyś, gdy walczył z pająkami w łazience Annie Hall, wmawiał sobie choroby i depresje, przeżywał twórcze męki, nieudane związki, wylegiwał się na kozetkach u psychoanalityków, był wiarygodny zarówno wiekiem jak i wyglądem - był brzydalem, okularnikiem, który urzekał kobiety intelektem. Jako postać filmowa nie rozwinął się; pozostał znerwicowanym, zakompleksionym nowojorskim twórcą dziwakiem, ciągle gra siebie - to nie zarzut, ale jego fizyczność i wiek w konfrontacji z medium filmowym i graną postacią nie wypadają najlepiej. Rozumiem, że Allen lubi grać z młodymi aktorkami, ale odgrywanie czterdziestolatka od paru dekad z coraz młodszymi partnerkami na planie (podobno w najnowszym filmie będzie to Christina Ricci) zaczyna, delikatnie mówiąc, drażnić. Jego zauroczenie w "Mężach i żonach" młodziutką Julliette Lewis było uprawomocnione - perypetie bohaterów wyznaczały m.in. różnica wieku właśnie i opozycja nauczyciel - studentka. W "Końcu..." Tea Leoni odchodzi od dużo młodszego niż Allen narzeczonego producenta, by ze swoim byłym mężem porzucić amerykański przemysł filmowy i zażywać szczęścia w Paryżu. To bardzo szlachetne, ale równie nieprawdziwe - chyba że Allen zaczął kręcić cukierkowe komedie.

W "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie", filmie wybitnym pod wieloma względami, Woody Allen oskarża żonę (Diane Keaton) o zbytnie zainteresowanie ich wspólnym znajomym:
- Co by z niego zostało gdyby zmyć mu opaleniznę, farbę do włosów, lakier z zębów i zabrać podwójne podeszwy?!
- TY - odpowiada Keaton.

Woody, jesteś stary, pogódź się z tym!