Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Film "Wszyscy mówią - kocham cię"
Barbara Hollender, Jerzy Wójcik - Rzeczpospolita
1997.09.03

PRO
Allen śpiewa

Woody Allen - najbardziej europejski z amerykańskich twórców filmowych - lubi widzów zaskakiwać. I ostatnio mu się to udaje. Bo, kto podejrzewałby, że ów inteligentny szyderca nakręci romantyczną komedię muzyczną?

Ale jednocześnie Allen nie byłby Allenem, gdyby "Wszyscy mówią: kocham cię" było musicalem typowo amerykańskim, a więc w pełni profesjonalnym, ze znakomitymi układami choreograficznymi i świetnymi głosami. Allen zapożycza z musicali tylko formułę, co więcej cofa się do stylu i języka filmowego charakterystycznego dla kina lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Świadomie wykorzystuje tamtą cukierkowość, zapożycza schematy. I okazuje się, że styl ów - przeniesiony z przymrużeniem oka we współczesną scenerię - ma wiele uroku. Jednocześnie reżyser nie próbował znaleźć nowego Gene'a Kelly'ego czy Freda Astaire'a. Uznał, że każdy ma prawo do tego, by śpiewać i tańczyć. Nie udaje, że jego aktorzy są zawodowymi piosenkarzami. Z obsady filmu właściwie tylko jedna Goldie Hawn jest aktorką umiejącą śpiewać. Allen namówił do wokalnych popisów Edwarda Nortona, Drew Barrymore, Julię Roberts. No i zaśpiewał sam. W scenach tańca pokazał pastisz układów z "Deszczowej piosenki" czy "West Side Story", w warstwie muzycznej zacytował kilkanaście znanych dobrze motywów, a przecież nie zrobił plagiatu, lecz zaproponował widzom beztroską zabawę.

Podczas oglądania "Wszyscy mówią: kocham cię" kinoman przeżyje jeszcze inne zaskoczenie: Allen opuszcza bowiem swój ulubiony Nowy Jork, przenosząc się do Paryża i Wenecji. Wierny pozostaje natomiast bohaterowi - intelektualiście, trochę niezgrabnemu, trochę śmiesznemu i niezaradnemu życiowo, który - choć sceptyczny - goni za własnymi mrzonkami i marzeniami. Jest też Allen wierny... miłości. Bo w gruncie rzeczy szukający rozpaczliwie uczucia bohaterowie filmu "Wszyscy mówią: kocham cię" są trochę podobni do młodziutkiej Mariel Hemingway, która w jednej z ostatnich scen "Manhattanu" wyznawała Allenowi: "Kocham cię".

W swoim nowym filmie (nie ostatnim zresztą, bo bardzo płodny nowojorczyk skończył już i zdążył pokazać w Wenecji następny obraz, "Deconstructing Harry") Allen nie jest tym samym, co zwykle, szydercą-intelektualistą. Tym razem zwyciężyły w nim: pogoda ducha, leciutka, ciepła ironia i skłonność od pastiszu. I choć historia tym razem przez niego opowiedziana nie ma specjalnej głębi - film jest pełen czaru, o jakim w kinie dawno zapomnieliśmy.

Barbara Hollender


KONTRA
Gadatliwy musical

Woody Allen, jak producent markowych win, przyzwyczaił widzów- smakoszy do produktów wysokiej jakości. Od ponad trzydziestu lat zaskakuje nas pomysłami, podskórną refleksyjnością zabawnych fabuł, błyskotliwością dialogów, humorem sytuacyjnym. A także świetnym aktorstwem we własnym wydaniu. Postacie nieporadnych intelektualistów, których grywa najczęściej, wzbudzają sympatię pod każdą szerokością geograficzną. W ubiegłym roku nakręcił musical "Wszyscy mówią: kocham cię". Gadatliwy musical albo ckliwą balladę o wielu miłościach: rodzinnych i nie tylko rodzinnych.

W tym filmie wszyscy mówią, że chcą kochać, tańczyć, śpiewać, bo nowojorska wiosna przyspieszyła rytm serca nastolatek, rozkwitających kobiet - Skylar (Drew Barrymorre), DJ (Nathasa Lyonne), Von (Julia Roberts), nawet służącej Friedy, "byłej surowej współpracownicy Hitlera" (Trude Klein), Joego (Woody Allen) i sklerotyka dziadka (Patrick Cranshaw).

Fabułka nie jest odkrywcza, trudno zresztą wymagać, aby w musicalowej formule serwowano głębie. Allen, który umie życie przerabiać na spektakle, po prostu upoetycznił trochę znaną mu i eksploatowaną wcześniej nowojorską codzienność. Może niektóre wątki wziął po prostu z własnej biografii, wzbogacił scenerię o realia paryskie oraz weneckie. Zagęścił ekran zakochanymi, wszak rzecz o miłości. Rojno w kadrze od gwiazd gadających i podśpiewujących, tańczących, deklarujących miłość i zmieniających zdanie.

Film jednak bawi, jednak nie przez pełne sto minut (tyle trwa), a głównie wtedy, gdy pojawia się Allen na ekranie. Humor niektórych sekwencji wydaje się wręcz wymuszony. Niby jest przekornie, bo założenie reżyserskie było takie, aby gwiazdy śpiewały i tańczyły niczym amatorzy, ale wydaje się to chytrym wybiegiem Allena i robieniem cnoty z konieczności. Słowo panuje nad obrazem w sążnistych dialogach, sentymentalnych piosenkach i dodatkowo w komentarzu zza kadru. Jako gatunek filmowy musical daje szansę wygadania się bohaterom, Allen korzysta z tego dobrodziejstwa formalnego w nadmiarze. Tyle że w jego obrazie nie ma ani siły wzruszeń, jak np. w "Hair" Milosa Formana, ani finezji, jak w "Parasolkach z Cherbourga" Jacques'a Demy.

Jerzy Wójcik