Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
FELIETON - Mamy alibi
Mirosław Żukowski - Rzeczpospolita

Gdyby poproszono mnie o obronę sportu w starciu z kimś, kto się nim profesjonalnie nie zajmuje, i pozwolono z grona adwersarzy wykluczyć jakąś grupę ludzi, to w pierwszej kolejności wykluczyłbym inteligentnych zawodowych kpiarzy. Właśnie im najłatwiej byłoby wykazać, że wiara w czystą grę, w to, że zawsze uczciwie wygrywa lepszy, jest mrzonką. Poważnych argumentów prasa całego świata dostarcza im na pęczki.

Tymczasem chyba najinteligentniejszy z kpiarzy, Woody Allen, w wywiadzie dla "L'Equipe Magazine" okazał się zdecydowanym obrońcą sportu. Od razu uczynił też zastrzeżenie, iż jego zafascynowanie nie bierze się z tego, że w młodości był gamoniem (co mógłby sugerować jego wygląd), wprost przeciwnie. Allen przypomina, że sport lubili Ernest Hemingway, John Steinbeck i dziwi się, że niektórzy intelektualiści np. we Francji, nie dostrzegają jego walorów. Nie boi się przy tej okazji wypowiadać sądów, które nie przeszłyby przez klawiaturę żadnemu dziennikarzowi sportowemu, w obawie przed banałem i fałszem. "Sport jest czymś wspaniałym, równie głębokim jak literatura czy muzyka. Ma w sobie nieskończenie wielkie wartości. Znakomicie podsumowuje życie, sam jest życiem" - mówi Woody Allen. Z mojego punktu widzenia - muszę przyznać w tym miejscu, że jeśli chodzi o przyszłość sportu w świecie wartości, jestem od kilku lat beznadziejnym smutasem - opinie Allena to znakomity prezent pod choinkę.

W moim smutku nie byłem wcale odosobniony. Bratem mógłby mi być między innymi znakomity dziennikarz "L'Equipe" Benoit Heimermann rozmawiający z Allenem. Jedno z jego pierwszych pytań jest także moim pytaniem do ludzi takich jak Allen: "Czy sport nie jest dziś synonimem nostalgii?". Wielki kpiarz z Nowego Jorku odpowiada: "Nie sądzę. Sport jest raczej synonimem postępu".

Inteligentnych ludzi, mówiących takie rzeczy, sportowi możnowładcy powinni nosić w lektyce i zamiatać im pył sprzed stóp. To, że oni nie stracili wiary, jest dla sportu bezcenne, bo rozwiązuje ręce nam, którzy już nie mamy złudzeń, ale nie chcielibyśmy tak do końca rozstać się z wiarą. Mówiąc wprost: dopóki w Ameryce sport kocha Woody Allen, a w Polsce futbol Jerzy Pilch, mamy alibi.