Woody Allen :: menu
napisy l linki l index
biografia l filmografia l cytaty l książki l wiadomości l foto l wywiady l artykuły l nagrody l dvd l muzyka l teatr
Niech sczeźnie Hollywood!
Newsweek Polska, nr 44/02

Woody Allen jest jedną z najszacowniejszych postaci amerykańskiego kina. Ale to on zadał najbardziej celny cios hollywoodzkiej"fabryce snów".

Woody Allen nie traci poczucia humoru. Tyle że humor staje się bardziej zjadliwy. Jeszcze rok temu w komedii "Klątwa skorpiona" dobrodusznie pokpiwał z perypetii skromnego agenta ubezpieczeniowego. Teraz mierzy znacznie wyżej. Film "Koniec Hollywood", wchodzący właśnie na ekrany polskich kin, jest jednym z bardziej zjadliwych paszkwili na "fabrykę snów" w dziejach kina.
Nikt celniej nie pokaże jej wad niż twórca odrzucony przez Hollywood. Oto poznajemy Vala Waxmana, amerykańskiego reżysera, który przed 30 laty wypadł z branży. Co z tego, że zdobył dwa Oscary, skoro pozostał neurotykiem. Zamiast produkować w terminie kolejne filmy bez końca wykłócał się z kamerzystami, a producentom narzucał swoje wybujałe artystyczne wizje, jakich nie byliby w stanie sprzedać masowej widowni. Efekt? Wielki przed laty Val nosi dzisiaj wytartą na łokciach marynarkę i zniszczone spodnie ze sztruksu. Mieszka w ciasnej kawalerce w podłej dzielnicy ze zidiociałą tancereczką, starającą się o rólki w podrzędnych przedstawieniach na Broadwayu. Żyje z kręcenia reklamówek w Kanadzie, gdzie nie zgodziłby się pracować żaden szanujący się reżyser. Ale Val nie ma innego wyjścia: w Hollywood go nie chcą.

Sytuacja zmienia się. Była żona, partnerka wpływowego producenta, wiedziona litością załatwia mu prawdziwą reżyserską robotę. Nic wielkiego - jeszcze jeden banalny, choć wystawny dramat gangsterski w stylu "czarnego kryminału" lat 40. Wystarczy tylko, że Val zjawi się na planie i zacznie dyrygować aktorami jak policjant ruchem na skrzyżowaniu. Taśmowa robota. Lecz jest jedno "ale" - musi pracować pod dyktando producenta, który wyłożył na film 60 milionów dolarów, i zrezygnować ze swoich artystycznych fanaberii.

Val może by to przełknął, ale musi również znosić towarzystwo hollywoodzkich twórców filmów klasy C. Ci są jeszcze większymi dziwakami niż on sam, tyle że nie mają nawet odrobiny talentu. Woody Allen przypomina: w Hollywood reżyser podrzędnego filmu tylko pierwszego dnia pracy spaceruje po marmurowych posadzkach i przegląda się w lustrach najdroższych hoteli świata - wówczas gdy podpisuje kontrakt z producentem. Nazajutrz ląduje w zakurzonym kącie ogromnej hali zdjęciowej, gdzie musi się użerać z gromadą frustratów, którzy uważają się za nieodkrytych geniuszy, ale walczą o najgorzej płatne posady.

Allen prezentuje całą galerię branżowych grymaszeń. Scenarzystom nie podoba się zaplanowany jako tło kilku scen naturalny plener nowojorskiego Central Parku, bo... drzewa są zbyt zielone. Trzeba by, upierają się, postawić na łące drzewa sztuczne - z pewnością lepiej wypadną przed kamerą. Banalnie też prezentuje się ich zdaniem wykwintna willa, wynajęta, by zagrać siedzibę gangsterskich baronów. Trzeba postawić nową. A najlepiej byłoby jeszcze wznieść makietę wieżowca, bo te z Manhattanu są zupełnie nieprzekonujące. Producent wścieka się, słysząc o podobnych wymaganiach, scenarzyści oburzają się, że nie ma pojęcia o filmie, a ogłupiały reżyser plącze się między nimi, usiłując zapanować nad sytuacją. A ta co chwila wymyka mu się spod kontroli. Choćby podczas castingów.

Do obsady trzeciorzędnych historii gangsterskich nie zgłaszają się nawet trzeciorzędni aktorzy. To amatorzy, którzy liczą na łut szczęścia. Dziewczęta, chcąc zdobyć przychylność reżysera, wkradają się do jego garderoby, by pokazać mu, co mają pod szlafrokiem, a chłopcy wcierają brylantynę we włosy i próbują zaimponować w ten sposób każdej kobiecie mającej coś do powiedzenia na planie. "Aktorzy" podane im kwestie recytują z przesadnym namaszczeniem, w konwencji szkolnego teatrzyku. Problem w tym, że innych aktorów nie ma, a trzeba skompletować obsadę. W dodatku wszystko filmuje operator Chińczyk - nie rozumie słowa po angielsku, z reżyserem porozumiewa się przez specjalnie sprowadzonego tłumacza i ma pretensje, że zakwaterowano go w nie dość prestiżowym hotelu.

Wszystko to są jednak błahostki wobec problemów reżysera, który dostał od Hollywood ostatnią szansę. Bowiem Val na skutek stresu w pierwszych dniach zdjęciowych traci wzrok. Należałoby przyznać się do ślepoty i przerwać zdjęcia, ale - jak przekonuje go agent, oderwany na chwilę od uroczystej szabasowej kolacji w gronie rodzinnym - byłby to koniec. Nie tylko dla ociemniałego nagle reżysera - jeśli się przyzna, nikt nie powierzy mu już kręcenia nawet najmarniejszej reklamówki. To tragedia dla każdego członka ekipy, któremu udało się załapać na stosunkowo niezłe pieniądze, z samym agentem reżysera na czele. Co więc począć w takiej sytuacji? Nic. Reżyserować, jakby nic się stało.

I tu zaczyna się najbardziej zjadliwa część paszkwilu Woody'ego Allena wymierzonego w hollywoodzką "fabrykę snów". Niewidomy reżyser zjawia się na planie, co chwila potrąca rekwizyty, potyka się o sprzęt techniczny, patrzy w zupełnie inną stronę niż kamera. Ale nikt się specjalnie nie dziwi - ostatecznie to stary Val Waxman, znany ekscentryk. Skoro producent, który liczy każdy grosz, zatrudnił właśnie jego, widocznie miał w tym jakiś głębszy zamysł. Ostatecznie historia o gangsterach nie musi być tuzinkową opowiastką, jakich kino zna setki. To może być film "z oddechem", "z rozmachem", "z wyobraźnią". A takie dzieła wymagają, by reżyser stosował niekonwencjonalne metody pracy. Co więcej - taki obraz biednego ślepego Vala upowszechnia dziennikarka hollywoodzkiego szmatławca, specjalizująca się w wyszukiwaniu pikantnych plotek o gwiazdach filmowych. Dziennikarka dotąd opisywała reżyserów uwikłanych w podejrzane układy męsko-damskie, uzależnionych od alkoholu i narkotyków. Teraz jest wreszcie pełna podziwu - ma przed sobą mistrza tak skoncentrowanego na swej wizji, że nie dostrzega otoczenia. Konkluzja może być tylko jedna: to geniusz!

Ale mankamenty dzieła niewidomego reżysera można ukrywać najwyżej do czasu premiery. Po pierwszych pokazach staje się jasne, że film ma niską frekwencję. Producent ponosi klęskę finansową, a "genialny" reżyser - artystyczną. Klęskę, wydawałoby się, nieodwracalną. Ale oto "dzieło" trafia na ekrany kin Paryża. I francuska krytyka, uchodząca w Stanach za o wiele bardziej wyrafinowaną niż amerykańska, obwieszcza, że gangsterski film Waxmana to arcydzieło: kino amerykańskie nie wydało podobnego od 40 lat.

Co ta historia nam przypomina? Ależ losy samego Woody'ego Allena. Niegdyś kultowy reżyser amerykański, dziś w Stanach oglądany jest głównie przez koneserów. Za to w Europie, gdzie coraz częściej urządza premiery swoich filmów, ma miliony zwolenników. Może rzeczywiście w Paryżu czy Warszawie umieją docenić oryginalne dzieło filmowe? Nawet jeżeli jest autorstwa ślepego reżysera?